Pamiętasz ostatnią scenę z filmu, który powstał do waszej najnowszej płyty "Nine Types of Light"?

Tunde Adebimpe: Chodzi ci o tę scenę, w której biegam w stroju Prince’a po Nowym Jorku?

Bardziej o samo zakończenie, kiedy siedzicie w barze i rozmawiacie ze sobą, jakbyście spotkali się kilka lat po rozpadzie zespołu. Często wyobrażasz sobie taką sytuację?

Może się to wydać dziwne, ale przerabiamy taką sytuację regularnie. Podczas pierwszych tras często rozmawialiśmy o tym, co będziemy robili w przyszłości. Wtedy nie braliśmy w ogóle kariery muzycznej pod uwagę. Liczyliśmy, że pogramy dwa, trzy lata i każdy pójdzie w swoją drogę.

Czyli co będziecie robić dalej?

Nigdy niczego na poważne nie planowaliśmy, tylko się wygłupialiśmy – dokładnie tak jak w filmie. Nasz basista Gerard Smith mówił, że otworzy knajpę z grillem i będzie kelnerem. Perkusista Jaleel Bunton marzył, że znajdzie sobie żonę w New Jersey i otworzy tam szkołę karate. Wokalista Kyp Malone będzie rysował kolejne części komiksu "Fistaszki", a Dave Sitek wyreżyseruje musical "Rząd Busha na lodzie". Ja mówiłem, że chciałbym się zajmować sztuką, malować, projektować i robić animacje – w końcu po to skończyłem studia artystyczne w Nowym Jorku.

Skąd w takim razie pomysł, żebyś biegał przebrany po Nowym Jorku i rozklejał na ulicach swoje rysunki?

Reżyser klipu Barney Clay powiedział: Mam taki pomysł, dam ci purpurowy kostium Prince’a z czasów "Purple Rain", pojedziemy rano na Long Island... Wtedy mu przerwałem, bo bałem się usłyszeć, co jeszcze wymyślił. Powiedziałem tylko: Do roboty! Ale najlepsze było, że kiedy biegałem rano po mieście w tym stroju, z gitarą pod pachą i wieszałem na ścianach jakieś bazgroły, zupełnie nikt nie zwracał na mnie uwagi. Za to uwielbiam Nowy Jork.


Myślałeś kiedyś o aktorstwie?

Owszem, jakieś dziesięć lat temu, po sporym sukcesie niezależnej produkcji "Jump Tomorrow", znalazłem sobie własnego agenta. Niestety po kilku miesiącach przekonałem się, że wcale nie jest to łatwy zawód. Byłem na kilku przesłuchaniach do ról dla "czarnoskórych aktorów między 25. a 30. rokiem życia" i uznałem, że to jednak nie dla mnie. Nie mam ochoty do końca życia grać kryminalisty w nędznym serialu.

Praca muzyka jest łatwiejsza?

Jest jeszcze cięższa, kiedy musisz spędzić rok poza domem, jeździć z miasta do miasta i grać co wieczór te same piosenki. Po jakimś czasie rozumiesz, dlaczego Ozzy Osbourne oszalał.

Dlaczego?

Kiedy wychodzisz na scenę, podziwiają cię tysiące ludzi, potem wracasz na zaplecze i znów nikt nie zwraca na ciebie uwagi, a jednymi osobami, z którymi możesz pogadać, jest tych samych pięciu kolesiów, którzy czują się tak samo paskudnie jak ty.

To prawda, że po ostatniej trasie postanowiliście zawiesić działalność?

Chcieliśmy od siebie odpocząć, ale wiesz, jak to działa. Próbujesz coś zrobić samemu, zmienić środowisko, ale mija tydzień, dwa i do kogo dzwonisz? Do kolegi z zespołu, żeby spytać, kiedy znów się spotkamy. I tak było z najnowszą płytą "Nine Types of Light", z którą nie zamierzaliśmy się spieszyć. Tymczasem nie minął rok, a mieliśmy nowy materiał i byliśmy gotowi do trasy.

Jaki masz pomysł na to, żeby przetrwać kolejny wyjazd z TVOTR?

Tym razem jedziemy na półtora miesiąca i wystąpimy w kilku miejscach, w których jeszcze nie byliśmy – m.in. w Warszawie. Dlatego planuję więcej czasu poświęcić na zwiedzanie miasta. Poza tym zabieram pakiet filmów DVD z wytwórni Factory 25. Będę też dużo rysował, bo przecież nigdy nie wiadomo, jak dalej ułoży się nasza kariera.