Bez przesady Islandię można nazwać muzycznym fenomenem. Co prawda do lat 70. poprzedniego wieku w muzycznym show-biznesie było na wyspie raczej spokojnie. Poza kraj wybijali się jedynie kompozytorzy muzyki klasycznej w stylu Sveinbjörna Sveinbjörnssona (autora hymnu kraju) albo Jóna Leifsa (zmarł w 1968 roku). Pod koniec lat 70. wyspę opanowała anarchia, oczywiście tylko w muzyce. Z fascynacji brytyjskim punkiem narodziły się takie zespoły, jak Purrkur Pillnikk (mieszali punk z folklorem) czy Kukl – legendy tamtejszego anarchistycznego grania. To właśnie z tych kapel wywodzą się członkowie The Sugarcubes. Wraz z Björk na wokalu swoim islandzkim rockiem podbili Wielką Brytanię i USA. Ich sukces otworzył z kolei drzwi na świat takim kapelom, jak Sigur Rós, Maus, Múm, GusGus czy Hjaltalin. Muzyka tych wszystkich kapel jest taka jak wyobrażenie o Islandii tych, którzy tam nie byli – czyli na przykład moje. Jest bajkowa, spektakularna, dziwna i trudna do opisania.

Taka jest właśnie druga płyta Hjaltalin "Terminal". Muzyka tej miniorkiestry – skład jest siedmiooosobowy – nie odbiega od tego, co usłyszeć można na debiucie z 2007 r. "Sleepdrunk Seasons". Ta płyta słusznie przyniosła Hjaltalin dwie najważniejsze nagrody islandzkiego przemysłu muzycznego (Icelandic Music Awards). Zespół wyruszył na tournée po największych europejskich festiwalach: Roskilde, Sziget i gdyńskim Open’erze. "Terminal" to eklektyczny koktajl muzyki jak z filmów Disneya i Bonda, przestrzennej elektroniki, elementów soulu, jazzu i rockowych wstawek. Wiolonczela, akordeon, klarnet, fagot, klawisze i dwa wokale (męski i kobiecy) tworzą wciągający melancholijny świat. Potrafią być niepokojący jak ich wyspiarscy koledzy z Sigur Rós, a przy tym popowoprzebojowi jak GusGus. Nie powinno więc dziwić to, że druga płyta zespołu została uznana w Islandii za album 2010 roku, pokonując m.in. solowe dzieło Jonsiego z Sigur Rós.


Pierwszy numer z "Terminal" – "Suitcase Man" – doskonale ustawia płytę. Jest kwintesencją jej zawartości. Mrocznie się zaczyna, zaskakująco rozkręca dokładaniem kolejnych dźwięków i kończy ekstazą. Podobnie skonstruowane są singlowy "Sweet Impressions" i finalny "Vanity Music". Są też pokręcone numery w stylu "Song from Incidental Music" z jazzowym zacięciem i przeszywającym kontrabasem (jakby ktoś szorował po nim nożem) oraz urocze ballady jak "Montabone". W tym ostatnim dobrze słychać, jak uzupełniają się wokale: lekko zachrypnięty Högni Egilssona (także gitarzysty) oraz niemal operowy głos Sigrídur Thorlacius. Islandczycy wcisnęli też na "Terminal" taneczny numer "7 Years" (śpiewa głównie Sigrídur), którego nie powstydziłoby się Moloko. Na parkiet idealnie nadaje się również "Water Poured in Wine" (śpiewa Högni).

Dużo przeciwieństw, tworzących jednak zgrabną, różnorodną całość. Właśnie w tym podobni są do Islandii i innych tamtejszych zespołów. Zresztą Hjaltalin nie ukrywają inspiracji wyspą i jej muzyką. Członkini zespołu Rebekka Bryndís przyznała w jednym z wywiadów: – Z pewnością podświadomie inspirujemy się Islandią. Nie jest jednak tak, że idziemy medytować w góry, żeby móc stworzyć kolejną piosenkę. Raczej słuchamy innych artystów, rozmawiamy ze sobą, inspirujemy się zdecydowanie bardziej muzyką niż przyrodą. Bajkowa natura kraju ma jednak na to swój wpływ.

Swoją bajką Hjaltalin skutecznie oczarowali ważne w branży muzycznej tytuły. Doskonałe recenzje wystawiły im chociażby takie magazyny, jak "Mojo", "New Musical Express", "Uncut", "Guardian" i "Artrocker". Polską publikę czarować będą występami podczas festiwalu Malta w Poznaniu (5 lipca) i dzień później w warszawskiej Café Kulturalna. Kupcie płytę "Terminal", pójdźcie na koncert, a na koniec pojedźcie zobaczyć ten dziwny kraj. Ja mam zamiar tak zrobić.

Hjaltalin | Terminal | Isound