Po waszym ostatnim koncercie w Polsce na stronie internetowej pisaliście, że atmosfera tamtego wieczoru nie da się porównać z niczym innym, czego do tej pory doświadczyliście. Czym będzie się od tamtego koncertu różnił wasz najbliższy występ u nas?

Tobin Esperance, basista: Woodstock to było największe show, na jakim graliśmy. Ciężko będzie je pobić, nie znaczy to jednak, że w zamkniętym klubie sobie odpuścimy. Ponownie chcemy roznieść polską publikę. Na koncercie nie zabraknie nowych piosenek, będzie też więcej improwizacji w numerach. Nie mogliśmy doczekać się powrotu do Polski i na pewno nie zawiedziemy fanów.

Pozytywnie współgracie z publiką na scenie, trudno posądzać was o agresję. A jednak w pewnym internetowym zestawieniu numerów najbardziej podnoszących ciśnienie na trzecim miejscu znalazł się wasz wielki hit "To Be Loved". Zaskoczony?

Ciekawe, bo to przecież piosenka o miłosnej relacji dwójki ludzi. Mi raczej kojarzy się z tanecznymi numerami z lat 80., a nie agresją. Z drugiej strony, jeśli nasz kawałek potrafi kogoś wkurzyć, to dobrze. To znaczy, że budzi silną reakcję.

Powiedz, skąd pomysł waszego nowego klipu? "No Matter What" wygląda jak połączenie scen z filmów Roberta Rodrigueza i westernów w stylu "Butch Cassidy i Sundance Kid".

Wymyślił go nasz stały wideoklipowy współpracownik Jesse Davey. Chcieliśmy w nim poczuć się jak w filmach Tarantino albo właśnie Rodrigueza. To chyba nasz najlepszy klip.

Numer pochodzi z waszej ostatniej płyty "Time for Annihilation". Gitarzysta Jerry Horton powiedział w jednym wywiadzie, że przed wejściem do studia nie wiedzieliście, jak będzie brzmiało pięć nowych piosenek, które się na niej znalazły. Zawsze tak pracujecie?

W przypadku "Time for Annihilation" akurat wiele pomysłów powstało dopiero w studiu, ale zazwyczaj tak nie jest. Na ogół mamy jakiś ogólny zarys, zanim wejdziemy do studia. Dużo piszę podczas tras koncertowych, na gitarze i klawiszach. Mamy też własne studio w rodzinnym Sacramento, gdzie jamujemy. Siłą rzeczy cały czas powstają nowe piosenki. Tym, co chcemy zmienić przy kolejnym albumie jest to, że najpierw powstaną teksty, a później muzyka. Do tej pory było odwrotnie. Mam nadzieję, że tak będzie łatwiej, bo nie będziemy już musieli zgadywać, o czym będzie numer, jakie będą w nim emocje.


W tekstach nie opowiadacie o tym, o czym zazwyczaj śpiewały rockowe kapele w latach 80., czyli balangach, dziewczynach itp.

Chcemy pisać o prawdziwym życiu, relacjach międzyludzkich, problemach, nie o pierdołach. Myślę, że to ważne, żeby dzieciakom uświadomić, że w życiu nie zdarzają się wyłącznie miłe chwile. Oczywiście staramy się przy tym jednak dobrze bawić, ale to, co robimy, traktujemy poważnie.

Gracie razem już prawie 20 lat. Jak bardzo zmienił się przez ten czas rynek muzyczny?

Jest ciężko. Kiedy zaczynaliśmy, zespoły zarabiały przede wszystkim na sprzedaży płyt. MTV puszczało jeszcze wtedy muzykę, to był fajny czas. Teraz ludzie oczekują wszystkiego za darmo, przez to nie kupują płyt. Żeby utrzymać się z grania, trzeba niemal non-stop być w trasie. Dodatkowo trzeba dbać o fanów w internecie, być z nimi w stałym kontakcie. Wymaga to dużej kreatywności i czasu. Ale nie narzekamy. Na pewno nie zamieniłbym grania w Papa Roach na żadne inne zajęcie.

Skąd wzięła się u ciebie miłość do gitary basowej?

Trochę nie miałem wyboru co do innego instrumentu, bo mój ojciec był również basistą. Miał swój zespół. Uczył mnie pierwszych linii basowych, na przykładach piosenek Beatlesów i Led Zeppelin. Moimi ulubionym basistą jest od początku Flea z Red Hot Chili Peppers – uwielbiam jego funkowy styl.

PAPA ROACH | Warszawa, Stodoła | czwartek, godz. 19.00