Założona w 1982 r. w Glasgow grupa Primal Scream to jeden z najważniejszych zespołów "tanecznego" rocka. Są przynajmniej trzy powody, dla których trzeba zobaczyć ich sobotni koncert na Offie.

Ikoniczny krążek

W 1991 roku ukazała się jedna z przełomowych płyt lat 90. "Screamadelica". Albumem z przebojami "Movin’ on Up" i "Loaded" Primal Scream pokazali, że rock w połączeniu z acid housem, gospel i funky daje wyjątkową wybuchową mieszankę. Ci, którzy nosili wytarte flanelowe koszule, zobaczyli, że nie wszystkie klubowe dźwięki warte są wyrzucenia do kosza, a fani clubbingu przekonali się, że w rocku chodzi o coś więcej niż krzyk. Za ten album Szkoci dostali nagrodę Mercury Music, znaleźli się też na szczytach list przebojów. W marcu tego roku z okazji 20-lecia wydania "Screamadelicy" ukazało się jej wznowienie. Publika, która przyjdzie na Off, będzie mogła ten album poznać na żywo. To będzie 70 minut historii rocka.

Ciszej proszę

Koncerty Primal Scream są jak spotkanie walca drogowego z wozem opancerzonym. Zgrzyt gitar, szaleństwo Bobby’ego Gillespiego na scenie oraz atak stroboskopów i laserów powodują, że publiczność przez pierwsze minuty nie wie, czy chować się do okopów, czy z zachwytem rozdziawiać szczękę. W każdej relacji z koncertu Primal przeczytać można, że nie sposób jest wysiedzieć na krzesełkach, a ci, co stoją na płycie, bojąc się o bezpieczeństwo, przechodzą w tylne rzędy. Hałasem potrafią nie tylko zawładnąć publiką, ale nawet przeszkodzić innym kapelom. Do takiego incydentu doszło podczas festiwalu T In The Park w Szkocji na początku lipca. Zaczęli grać na bocznej scenie, kiedy na głównej występował Coldplay. Primal byli tak głośni, że zakłócali Chrisa Martina. Zostali przez organizatorów poproszeni o lekkie skręcenie wzmacniaczy. Na Offie będą główną gwiazdą, więc na pewno nie będą musieli się ograniczać.

Pokolenie frustracji

Nie bierz narkotyków i nie rzucaj koktajlami Mołotowa. Zamiast wyniszczać siebie albo wkurzać się na innych, idź na koncert Primal Scream – oni zrobili to już za ciebie. Gillespie jak rasowy punkrockowiec walczył z systemem, wyśmiewał Królową i Margaret Thatcher. Swoją postawę wyniósł zresztą z domu. Jak zdradził w wywiadzie dla "Uncut": – Podczas gdy niektórzy moi znajomi mieli w domu na ścianach wizerunki królowej albo papieża, mój ojciec powiesił zdjęcia Czarnych Panter. Gillespie chuliganił na ulicach i podczas meczów, eksperymentując z alkoholem i narkotykami. Zupełnie jak bohaterowie "Trainspotting", filmu, który pomógł Primal w połowie lat 90. w wyjściu z muzycznego i narkotykowego kryzysu. Danny Boyle zaprosił ich do pracy nad muzyką do swego dzieła. Numery z filmu znalazły się później na ich znakomitej płycie "Vanishing Point". Całkowicie jednak nie udało się Gillespiemu odstawić narkotyków, co niestety czasami widać na koncertach. Chociażby w Glastonbury pięć lat temu, kiedy podczas koncertu omamiony lżył zespoły Coldplay i Radiohead, a nawet publikę, za co został zresztą usunięty ze sceny. Oby w Katowicach porazili wyłącznie muzyczną mocą.

OFF FESTIVAL | Katowice | 4 – 7 sierpnia