Zach Condon ćwierć wieku żył z piętnem podróży. Najpierw przez 15 lat jako mieszkaniec żyjącego z turystów Santa Fe, a ostatnią dekadę – na walizkach. Swoje wojaże – niczym nalepkami na walizce – znacząc kolejnymi płytami: "Gulag Orkestar" (wypad do Europy Południowo-Wschodniej), "The Flying Club Cup" (roczne życie w Paryżu), "March of the Zapotec" i "Holland" (dorastanie w Nowym Meksyku pod wpływem holenderskiej elektroniki) czy "Soft Landing", dokumentującym wyjazdy do Brazylii. Tam też odniósł swój największy sukces, czego dowodem jest beirutando, czyli coverowanie przez lokalne grupy. Najnowsza płyta "The Rip Tide" zapowiada całkowitą zmianę kursu Beirutu. Z jednej strony odchodzi od tradycji wspominków z podróży, z drugiej – rozpoczyna szturm zespołu na listy przebojów.

W ubiegłym roku Zach Condon, zmęczony tułaczką, osiadł w Nowym Jorku. Przygarnął psa i dwa koty, został domatorem. Niedługo jednak dane mu było izolować się od świata. Okazało się bowiem, że choć zamieszkał w kulturowym tyglu, aby nagrać piosenki, w których spotykają się pijane, bałkańskie dęciaki, francuski akordeon, ukulele i domorosła elektronika, znów musi wyjechać. Po raz pierwszy jednak zamiast polecieć do Paryża czy Rio de Janeiro, pojechał na maleńką farmę tam, gdzie 42 lata temu festiwal Woodstock zakończył hipisowski sen. Dziś Condon ostatecznie rozprawił się z przyklejoną mu etykietą speca od alternatywnej polki.


45 lat temu, 100 kilometrów dalej, w samym Woodstock, równie gruntowną przemianę artystyczną przeszedł Bob Dylan. Wtedy to zamiast po wypadku motocyklowym nagrać kolejny krążek w modnym stylu psychodelicznego folk-rocka, na płycie "John Wesley Harding" (1967) "w suterenie z otwartymi oknami i psem leżącym na podłodze" zaśpiewał proste country’owe piosenki. Dziś Condon powtarza jego drogę (choć z racji, że sesja odbyła się w środku mroźnej zimy, okna były raczej zamknięte). Przy okazji na "The Rip Tide" zaciera granice między swoimi muzycznymi alter ego. W efekcie jego nowe piosenki mogłyby się znaleźć na płycie tak Beirutu, jak i elektronicznego projektu Realpeople czy popowego Soft Landing. Wszędzie brzmiałyby równie rewolucyjnie. Na tym podobieństwa Condona z Dylanem się nie kończą, bo i jeden, i drugi im jest starszy (metrykalnie), tym jest młodszy (artystycznie). Poza tym obaj, zmieniając się, pozostają sobą.

Na pierwszy rzut ucha wszystko jest po staremu, a jednak najnowszy album, "The Rip Tide" to zupełnie inna płyta niż chwalone przez krytyków "Gulag..." czy "The Flying...". Nie tylko najkrótsza w dotychczasowym dorobku Beirutu, lecz także najdojrzalsza. W dodatku zdecydowanie najbardziej amerykańska. I nieznośnie wpadająca w ucho. Kto nie wierzy, powinien choć raz posłuchać przebojowych "Santa Fe", "East Harlem" i "Vagabond" albo melancholijnych ballad "Gosheen" i "Peacock", a już nigdy się od nich nie oderwie.

BEIRUT | The Rip Tide | Pompeii Records