W show-biznesie to cała wieczność. Podczas gdy na listach przebojów rozbłysły i zgasły setki popowych gwiazdeczek, mocno zbladł też blask Primusa. W latach 90. zespół ten, łącząc funk, metal, kabaret i Bóg jeden wie co jeszcze, zapewnił sobie status ikony alternatywnego rocka (sami muzycy wolą raczej określenia "psychodeliczna polka" albo "kompost"). Pod koniec XX wieku primusów opuściło natchnienie i ostatnią dekadę zespół przewegetował, na przemian zawieszając działalność i koncertując. I cały czas czekając na swoją muzę. To zaś wróciła dopiero teraz, wraz z synem marnotrawnym.

Jednym ze znaków rozpoznawczych Primusa – obok spajających muzyczny chaos partii basu, wokali rodem z kreskówki i piosenek o wędkowaniu – jest gorący stołek perkusisty. W ciągu 26 lat istnienia trio przerobiło siedmiu pałkerów, z czego dwóch nawet dwukrotnie. Obecny, Jay Lane, którego Claypool nazywa geniuszem, też już kiedyś łomotał w Primusie. I choć odszedł z grupy miesiąc przed nagraniem debiutu, to zdążył odcisnąć na niej swoje piętno – większość bębnów na płytach "Suck on This" (1989) i "Frizzle Fry" (1990) Tim "Herb" Alexander wystukał w oparciu o ułożone przez Lane’a partie. Wydawać by się więc mogło, że powrót perkusisty na nowej płycie pchnie zespół do jego korzeni. Nic jednak bardziej mylnego.

W kategorii powtórnego wchodzenia do tej samej rzeki "Green Naugahyde" jest próbą mocno nieudaną. To raczej rodzaj pomostu, który spaja różne muzyczne wcielenia Lesa Claypoola. Tak więc obok starego dobrego Primusa ("Last Salmon Man", "Tragedy’s A’Comin") oraz inspiracji Pink Floyd ("Eyes of the Squirrel"), Rush ("Moron TV") i... Metalliką ("Hoinfodaman") usłyszymy tu też wyraźne echa Claypoolowej przeszłości. "Lee Van Cleef", "Eternal Consumption Engine" czy "Jilly’s on Smack" śmiało mogłyby się bowiem znaleźć na płytach grup Oysterhead, Colonel Les Claypool’s Fearless Flying Frog Brigade czy C2B3, w barwach których basista występował przez ostatnią dekadę. I choć fani, pozbawieni muzycznej schizofrenii swojego idola, zapewne poczują się w tym momencie zagubieni, to dla reszty świata "Green Naugahyde" będzie prawdziwą ucztą.

Charakteryzowanie muzyki Primusa wydaje się zadaniem równie bezsensownym jak opisywanie smaku soli. Tym niemniej na "Green Naugahyde" Claypool, Lane i gitarzysta Larry LaLonde wymyślili tej soli całkiem nowy gatunek. Niby wciąż słony, bo wokalista w dalszym ciągu skrzeczy, a bas robi rzeczy, o jakich nie śniło się filozofom, a jednak smakuje to zdecydowanie bardziej wytrawnie. Podczas 10-letniego leżakowania Primus bowiem dojrzał. Nowe kompozycje, choć w dalszym ciągu mające niewielewspólnego z klasyczną formą piosenki, czarują ciepłym brzmieniem, a momentami nawet wpadają w ucho. Oczywiście, na tyle, na ile ciepłe i wpadające w ucho może być muzyczne szaleństwo. Tak czy owak w świecie, w którym – jak w jednej z nowych piosenek śpiewa Claypool – "wszystko jest produkowane w Chinach", płyta taka jak "Green Naugahyde" jest prawdziwym skarbem.

PRIMUS| Green Naugahyde | Prawn Song Records/Mystic