"Welcome to my nightmare, I think you're gonna like it" - tak zaczynał się fenomenalny pierwowzór z 1975 roku. W tamtym przypadku przypuszczenie ze zdania szybko zamieniało się w pewność. A jak jest z sequelem. Polubienie go nie jest od razu oczywiste, lecz po początkowym szoku krążek na pewno da się lubić. Skąd szok? A spodziewalibyście się po królu rockowego horroru korzystania z vocoderu a la Cher w "Believe" Rytmów, które niejeden parkiet miałyby szansę zdobyć? Tak, ja też się tego nie spodziewałem.

Alice Cooper to inteligentna bestia i ma wyczucie. Lecz od nastu lat stać go było tylko na hardrockową przyzwoitość. Ostatnie wielkie błyski miał na "Hey Stoopid". Dawno. Parę lat temu Alice wpadł na pomysł kontynuacji "Welcome To My Nightmare", lecz nie rzucił się na jego realizację od razu. Przygotował grunt, zjednał Boba Ezrina, producenta arcydzieła sprzed lat, potem żyjących kolegów z jego wspaniałego zespołu - Michaela Bruce'a, Dennisa Dunawaya i Neala Smitha (słychać ich w kilku kawałkach).

Na współpracę zgodzili się też Rob Zombie, Ke$ha, a także mniej znani, lecz znakomici muzycy (np. Kip Winger, Jimmy DeGrasso, Tommy Denander). Cooper wysłał też zaproszenie do Desmonda Childa, który wspomógł go kiedyś choćby przy naszpikowanym przebojami "Trash". 


Sequele rzadko jakością dorównują części pierwszej. Na "Welcome 2 My Nightmare" nie ma kompozycji na miarę gigantów pokroju "Stevena", "Only Women Bleed", "Cold Ethyl", "The Black Widow", ale świetnych piosenek jest dużo. Cooper z Ezrinem i odpowiedzialnym za sporą część materiału gitarzystą Tommym Henriksenem, udanie prowadzą nas przez sztuczny pop, zachwycają rasowym hard rockiem (cudowny "Caffeine", trochę zalatujący "Under My Wheels"; "The Congregation"), rock and rollem w stylu Stonesów (świetny "I'll Bite Your Face Off"), a nawet rockabilly (znakomity "Ghouls Gone Wild", trochę na modłę "Summertime Blues" Eddiego Cochrana), urokliwymi fortepianowymi miniaturami, które jakby wykradli z soundtracków do ponurych filmów Tima Burtona.

Jest orkiestrowy patos, a nawet trochę kabaretu ("Last Man On Earth"), coś do tańca z udziałem Ke$hy ("What Baby Wants") i romantycznego kołysania się (udana ballada "Something To Remember Me By"). Cooper z Ezrinem tak wszystko poskładali, że całość trzyma się kupy.

Jeśli jest disco w połączeniu z czymś ze skrzyżowania Bloodhound Gang i Lady GaGi ("Disco Bloodbath Boogie Fever"), to początkowo można kręcić nosem, lecz po paru przesłuchaniach dotrzeć do nas powinno, że Alice w swoim stylu bawi się i puszcza oko. Inna sprawa, że wspomniany numer kończy energetyczna naparzanka. Całości Ezrin nadał brzmienie, które jest pomiędzy współczesną rockową normą, a tradycją sprzed lat. Głos Coopera jest mocno z przodu i chwilami ma charakterystyczny pogłos dla dawnych produkcji. To naprawdę działa. Jeśli tworzyć sequele, to zalecam brać przykład z Alice Coopera.