Płyta "Lungs" stała się multiplatynowym hitem, także w Polsce. Florence Welsh otrzymała za nią Brit Award, nominację do nagrody Mercury, a magazyn "Time" umieścił ją na 51. miejscu listy najbardziej wpływowych osób na świecie. Na listach przebojów ustępowała tylko "Essential Michael Jackson", bo trafiła z debiutem na czas, kiedy opłakiwaliśmy śmierć króla popu. Została jednak zauważona, bo wykreowała własny świat, inny od soulowych retronaleciałości Amy Winehouse i Adele, nie mówiąc już o nowym technologicznym popie Lady Gagi. Florence jest jak współczesna folkowa hipiska, kobieca wersja Toma Waitsa i Nicka Cave'a. Siedząc w alternatywie, potrafi śpiewać popowe piosenki.

"Ceremonials" jest podobne do debiutu. Wokalowi Florence w stylu Kate Bush i Elizabeth Fraser z Cocteau Twins towarzyszą dźwięki pianina, smyczków i chóru oraz delikatna elektronika i rockowe gitary. O "Lungs" mówiła: "To właściwie tylko brudnopis". Jeżeli "Ceremonials" ma być zeszytem na czysto, to trochę nie spełnia swojej funkcji. Na drugiej płycie Brytyjka stara się korzystać z dźwięków jakby odważniej, ale nie zawsze jej to wychodzi. W swoim bajkowym patosie czasami staje się nieznośna, jak choćby w "Never Let Me Go". Męczą też numery z prostą melodią, w których Welsh próbuje pokazać wszystkie swoje możliwości wokalne – "Lover to Lover".

Na szczęście na albumie nagranym w studiu Abbey Road z Paulem Epworthem, producentem debiutu, nie brakuje mocnych momentów. "What the Water Gave Me" to doskonały przykład siły Florence – psychodelii połączonej z popowym rytmem. "No Light, No Light" pokazuje z kolei Welsh jako mistrzynię zmieniania nastrojów podczas śpiewania piosenki. Jak na "Lungs" Florence jest w każdym numerze maksymalnie skupiona, jakby każde jej słowo miało być ostatnim, zanim utraci głos.


To trochę kłóci się ze słowami Epwortha umieszczonymi na Twitterze: "To dziwna płyta, która brzmi czasem, jakby była nagrywana »na setkę«". Na "Ceremonials" słychać, że Florence nie śpiewa przypadkowo. Dokładnie wie, co chce uzyskać. Numery są dopracowane. Nie ma mowy o nieprzewidywalności i lekkim braku kontroli, jaki może wystąpić podczas nagrywania "na setkę". Dopracowana jest zresztą nie tylko muzycznie, lecz także wizualnie. Image wokalistki nie jest przypadkowy. Jej stylizacja na hipisowsko-barokową diwę dobrze odzwierciedla dźwięki, jakimi nas raczy. Patos plus romantyzm, bajka i psychodelia.

Jeżeli ktoś uległ urokowi "Lungs", to spodoba mu się "Ceremonials". Nieprzekonanych do Brytyjki jej drugi album nie przekona. Fani powinni kupić wersję deluxe. Są na niej dodatkowe akustyczne wersje trzech numerów: "Heartlines", "Shake It Out" i "Breaking Down", które zdecydowanie podnoszą wartość wydawnictwa. Głos Florence obdarty ze studyjnych dodatków hipnotyzuje i powoduje drżenie. W towarzystwie gitar, pianina i chórku śpiewa, jakby występowała dla hipisów na pierwszym Woodstocku – prawdziwie, bez nadętego wysiłku. Właśnie z powodu takich wykonań Welsh zalicza się do wokalistek wybitnych.

Florence & The Machine | Ceremonials | Universal