Płyta DVD "Och! Turnau Och-Teatr 18 V 2011" to coś nowego w pańskiej karierze. Podobno nagranie tego koncertu było bardzo spontaniczne...

Grzegorz Turnau: Na pomysł rejestracji koncertu w Och - Teatrze wpadłem podczas jednej z tras promujących "Fabrykę klamek". Grałem tam wcześniej, podobała mi się atmosfera tego miejsca. Wystarczyło kilka telefonów i nagle okazało się, że mogę nagrywać już za dwa tygodnie. To dość krótki termin, jak na takie przedsięwzięcie. Trzeba było zorganizować całą technikę, no i widownię... Ale tu na szczęście pomógł facebook, który jest fenomenalny, jeżeli chodzi o takie akcje.

Oprócz piosenek z płyty "Fabryka klamek" zagrał pan na tym koncercie także wiele innych utworów.

Tak, to w końcu moje pierwsze koncertowe DVD. I po wstępnej selekcji wyszło mi 48 numerów. Niestety, nawet najbardziej oddany widz nie byłby w stanie tego wytrzymać. Więc zacząłem skracać. W końcu zdecydowałem, że zagramy zwykły koncert z trasy "Fabryka klamek", znacznie poszerzony o utwory ze starszych płyt.

Jakie utwory pan dobrał? Ma pan w ogóle swoje ulubione piosenki?

Każdy, kto od wielu lat pisze piosenki, ma te, które toleruje i te, których nie lubi, nie kocha i nie szanuje. Nie słucham ich dla przyjemności, ale budując taki koncert trzeba brać pod uwagę jego dramaturgię. Musiałem wybierać poza własną sympatią. W takim wypadku każdy wybór jest zły. Ale konieczny...

Jest pan zadowolony z tego nagrania?

W towarzystwie kamer zawsze czuję nieprzyjemne napięcie. Tracę pewien rozmach, brawurę. Ale może zyskuję umiar, powściągliwość? Coś za coś. Wiedziałem, że to będzie rejestracja tu i teraz, że nie nagramy kolejnych koncertów, które później będziemy montować. Zagraliśmy wtedy, wieczorem 18 maja i ten koncert zarejestrowaliśmy. Wycięliśmy tylko trochę mojego gadulstwa. Jest to więc dramat antyczny: zachowuje jedność czasu, miejsca i akcji.

Zagrał pan już tysiące koncertów. Stresuje się pan jeszcze przed wejściem na scenę?

W tym zawodzie liczy się tylko to, w jakiej kondycji jest się danego wieczoru. Nie ma przeszłości, nie ma osiągnięć, nie ma nagród, dostojeństwa, autorytetu. Tego wieczoru trzeba od zera udowodnić ludziom, którzy kupili bilety, że ma się powód do wyjścia na estradę. To nie jest żadna kokieteria. Wiem to od lat i z biegiem czasu wiem to coraz boleśniej. Teraz tym bardziej czuję się odpowiedzialny za taki wieczór. Natomiast nie mam na szczęście czegoś takiego, jak stres paraliżujący. A jeśli chodzi o nagrania... Wielki pianista Thelonious Monk mawiał: "First take only. If you screw it, you're gonna have to live with it". ("Tylko pierwsza wersja. Jak schrzanisz, będziesz musiał z tym żyć"). I takie jest nasze DVD.

Jaką ma pan dziś widownię? Czy na poezję śpiewaną przez Grzegorza Turnaua przychodzą dziś młodzi ludzie?

Od jakichś siedmiu lat, mniej więcej raz w roku gram w krakowskim klubie Studio. Odbywają się tam różne imprezy, dyskoteki, ale także koncerty artystów polskich i zagranicznych. Zawsze przychodzi pełna sala, ponad tysiąc osób. Ten klub znajduje się w miasteczku akademickim, więc są to przede wszystkim młodzi ludzie. Nie wiem, czy to jest dużo, czy mało. Mnie to wystarcza. Nie mam ambicji podobania się wszystkim. Sam kiedyś byłem młodzieżą i nie za bardzo interesowała mnie wtedy muzyka robiona przez rówieśników. Patrzyłem w górę, na tych, co już coś osiągnęli, i być może wiedzą coś więcej. Teraz studenci przychodzą do mnie, bo chcą - i tyle. Żadna próba mizdrzenia się do młodzieży nie mieści mi się w głowie. Jestem, jaki jestem.


Urodził się pan w Krakowie i nigdy go pan nie opuścił na dłużej mimo kariery, wyjazdów za granicę... Dlaczego?

Gdy byłem w liceum, wyjechaliśmy z rodzicami na rok do USA. Ojciec wykładał tam na Uniwersytecie. Miałem wtedy 16 lat i rodzice chcieli tam zostać, a ja się uparłem. Powiedziałem, że mogą zostać, ale ja na pewno wrócę. Tak sterroryzowałem rodzinę, że wszyscy wrócili, oprócz starszego brata. Gdybyśmy nie wrócili to, kto wie, co bym robił...

Dlaczego pan się tak uparł?

Wydawało mi się, że jestem już tak zakorzeniony w środowisku krakowskim, że nie wyobrażałem sobie, że miałbym to wszystko rzucić. Miałem tam wielką przyjaźń, która zresztą trwa do dziś, miałem pierwszą wielką miłość w Krakowie. Byłem bardzo przywiązany do tego miejsca.

No i można powiedzieć, że Kraków pana odkrył...

To była jakaś gigantyczna niespodzianka. Trudno mi to ocenić, nie umiem o tym mówić. Stało się to bez mojego udziału. Zostałem zauważony na Festiwalu Piosenki Studenckiej i nagle wyjęto mnie z tłumu i przeniesiono do Piwnicy pod Baranami. I tak zostałem w tej Piwnicy przez 13 lat do śmierci Piotra Skrzyneckiego. Równolegle grałem swoje koncerty, wydawałem płyty i coraz więcej jeździłem. Ale to miejsce, stworzone przez Piotra, w dużej mierze mnie wychowało. Studiowałem 3 lata na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale nic specjalnego z tego nie wyszło i można powiedzieć, że jestem w jakimś sensie absolwentem "Uniwersytetu Piotra Skrzyneckiego".

W czasie tej wielkiej kariery, która później się rozwinęła, oprócz muzyki, zainteresował się pan też kawiarnią na słynnej ulicy Brackiej w Krakowie. Jak to się stało, że założył pan "Nową Prowincję"?

To jest splot wielu okoliczności. Mamy mieszkanie przy Brackiej, przyjaźnimy się z ludźmi, którzy mieli tam restaurację, potem otworzyli małą kawiarnię "Prowincja". W pewnym momencie okazało się, że w kamienicy obok zwalniają się lokale i jest możliwość zrobienia "czegoś". Stwierdziliśmy, że skoro mamy trochę oszczędności, to może by... No i tak to się stało. Ale ja nie biorę w tym czynnego udziału. Moja żona, Maryna, znana z moich płyt i koncertów flecistka, jest po prostu współwłaścicielką firmy, która to prowadzi. Co jakiś czas docierają do mnie informacje, że wszystkie knajpy na Brackiej są Turnaua. A cały mój udział w tej zabawie polega na tym, że dają mi tam kawę za darmo. No i czasem mogę pograć na pianinie.

Mimo wszystko kawiarnia firmowana jest pana nazwiskiem...

Marynie udało się stworzyć miejsce, w którym dobrze czują się i studenci, i ich rodzice. Co jakiś czas odbywają się tam wystawy, spotkania literackie, niby-kabarety. "Nowa Prowincja" jest schronem dla artystów pokolenia Ewy Lipskiej, Bronisława Maja, Leszka Moczulskiego, Ryszarda Krynickiego czy Adama Zagajewskiego. Cieszę się, że ja - człowiek z następnego pokolenia - mogę współtworzyć dla nich tę przestrzeń.

To znaczy, że nie spotkamy tam Grzegorza Turnaua piszącego piosenki?

Nie piszę piosenek w kawiarni. Nigdy tego nie robiłem. Kawiarnia to rozmowa, gazeta. Potem rozchodzimy się do swoich zajęć.

Grzegorz Turnau - polski pianista, kompozytor, wokalista i poeta, wykonawca poezji śpiewanej. Stworzył swój własny styl muzyczny i kompozycyjny, czasami nawiązujący do muzyki jazzowej, smooth jazzowej. Przez wiele lat był związany z krakowską Piwnicą pod Baranami. Nagrał kilkanaście płyt, stworzył muzykę do kilkudziesięciu spektakli teatralnych. Jego najbardziej znane utwory to m.in. "Cichosza", "Między ciszą, a ciszą", "Bracka", "Naprawdę nie dzieje się nic". Jest mężem flecistki Maryny Barfuss i ojcem Antoniny. Ma 44 lata.