Nie onieśmielało cię to, że swoją najnowszą płytę "To, co dobre" nagrywałeś w kościele?

Andrzej Piaseczny: Studio Henry'ego Hirscha, producenta, z którym pracowałem przy realizacji płyty, faktycznie mieście się w zabytkowym kościele - sala nagrań znajduje się w głównym pomieszczeniu kościelnym, a reżyserka dźwięku mieści się w piwnicach. Mówiąc o kościele wyobrażamy sobie zimne, gotyckie, budowle. Jednak miejsce, w którym mieści się studio, to stary anglikański kościółek, w klimacie, który każdy z nas zna z amerykańskich filmów. Równie dobrze moglibyśmy wyobrazić sobie tam chór gospel, gotowy do występu. Nie ukrywam, że gdy zaczynaliśmy pracę rozglądałem się po kątach czy są z nami dobre, czy złe duchy...

Tytuł płyty ma zachęcać do kupna?

Ten tytuł jest pewną formą prowokacji. Wiedziałem, że w wywiadach padną pytania czy zawartość płyty jest tak dobra, żeby tak, a nie inaczej ją zatytułować. Abstrahując od mojej oceny; chciałem żeby to był manifest, skierowany również do samego siebie. Jestem potwornym marudą i w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że odbiera mi to możliwość dobrego postrzegania świata. Zaczęło mnie to martwić.

Poprzez ten tytuł chciałem powiedzieć sobie i innym, aby zaczęli dostrzegać to, co jest dobre w naszym życiu, a jest tego cała masa! Często przechodzimy obok tych rzeczy, nie skupiamy uwagi na własnym szczęściu. Stąd taki tytuł płyty "To, co dobre", taki tytuł piosenki, która mówi, że koniecznie musimy łapać wszystko, co daje nam chwile szczęścia, powoduje dobre samopoczucie. I tym manifestem bardzo chętnie dzielę się ze słuchaczami.

Jak nawiązałeś współpracę z Henrym Hirschem, producentem, który pracował z Lennym Kravitzem, Madonną, Tiną Turner?

Wyprawa do studia w Stanach była przygodą, o czym zresztą niechętnie mówię. Wywołuje to różne emocje i oceny, nie tylko wśród recenzentów. To była próba postawienia się w trochę innej rzeczywistości. To, że trafiłem pod skrzydła Henry'ego było przypadkiem. Nie kierowałem się rangą producenta, szukałem człowieka, który spojrzy na mnie inaczej.

20-letnia obecność na polskim rynku muzycznym powoduje, że znam już wszystkich producentów, prawie z każdym już współpracowałem... Mają oni wyrobioną opinię na mój temat. Chodziło mi o to, żeby znaleźć osobę, która mnie nie zna, spojrzy na mnie świeżym okiem. Znalazłem Henry'ego Hirscha, który jest fascynatem starych brzmień i kolekcjonerem starych aparatów do nagrywania, którymi potrafi się świetnie posługiwać.

Chciałeś nagrać płytę w pełni analogowo, bez udziału komputera. W Polsce było to niemożliwe?

Sposób realizacji nagrań, można by było przeszczepić na nasz grunt. Odnoszę jednak wrażenie, że myśląc o realizacji mojej płyty polscy producenci nie odważyliby się na taki krok, na taki brud, niedoskonałości i surowość materiału. Stąd moje poszukiwanie nowości, które paradoksalnie doprowadziło mnie do brzmień analogowych, do starych sposób nagrywania, do nie ukrywania, że mam pewne niedoskonałości wokalne...


Sądzisz, że słuchacze docenią taką artystyczną szczerość?

W Polsce panuje przekonanie, pewnie słuszne, że jeśli komuś udało się coś osiągnąć to trzeba wszystko doskonalić, nagrywać jeszcze lepiej, jeszcze lepiej przedstawić, podretuszować, znaleźć jeszcze doskonalszą formę... Czasem warto się jednak trochę cofnąć, zrobić krok wstecz i pozwolić na drobne niedoskonałości.

Jeśli ktoś zechce wziąć do ręki płytę i zmarszczy brwi po odsłuchaniu jej pierwszych dźwięków, to dobrze, to znaczy, że efekt został osiągnięty. Czasem dajemy się wtłoczyć w wyścig o najwyższe słupki sprzedaży i najwyższe miejsca na listach przebojów, przy tym posługujemy się sztampową formą. W efekcie słuchacz bierze płytę do ręki i choćby znajdowały się na niej największe przeboje, nie zechce się nad nią dłużej zatrzymać.

Planujesz dalszą współpracę z Hirschem?

To, że pojechałem do Stanów nagrać płytę nie znaczy, że porzucam polskich producentów. W Polsce mamy genialnych producentów, z którymi się świetnie współpracuje. Wycieczka w inny zakątek świata, było dla mnie czymś w rodzaju przewietrzenia umysłu i własnych doświadczeń. Myślę, że warto podejmować takie kroki, po to żeby wzbogacać siebie. Potrzebowałem takiego doświadczenia. Następna płyta, nad którą zresztą już pracuję, na pewno będzie nagrana w Polsce.

Już zapowiadasz kolejną płytę? Czego możemy oczekiwać?

Pomysłów mi nie brakuje, czasem muszę się bronić przed ich nadmiarem. Nie jestem przekonany, że należy prezentować się publiczności w nadmiarze. Chciałbym siebie samego uchronić przed pewną sztampowości. Jeśli na płycie "To, co dobre" sięgnąłem surowe brzemienia, to obiecuję, że kolejna płyta będzie bardzo aksamitna...

Andrzej Piaseczny - polski wokalista, autor tekstów i aktor. Były członek zespołu Mafia, współpracował także z Robertem Chojnackim. Od 2008 roku współpracuje z Sewerynem Krajewskim, który współtworzył płytę "Spis rzeczy ulubionych".