Podobno jesteś typem perfekcjonisty i bardzo długo pracujesz nad swoimi kompozycjami, dopracowując brzmienie?

Gotye: To prawda, że stworzenie piosenki zajmuje mi dużo czasu, ale czy wynika to z mojego perfekcjonizmu? Raczej nie chcę wyjść do publiczności z nieskończoną piosenką. Kto chciałby słuchać takiego niedorobionego kawałka? Lubię bawić się dźwiękiem, odkrywać różne dziwne instrumenty, głównie elektroniczne, których brzmienie mogę wykorzystać.

A jak ten długotrwały proces tworzenia piosenki się zaczyna? Od melodii, od słów?

Nie ma reguły. Niektóre pojawiają się w głowie jako jedna linijka tekstu i zalążek melodii, wtedy siadam do pianina i próbuje to uchwycić. A czasem piosenka bierze się z fascynacji dźwiękiem samym w sobie, jakimś szczególnym brzmieniem, które mnie urzekło. Bywa też, że zainspiruje mnie jakaś konkretna idea.

Słuchając twoich tekstów, mam wrażenie, że bardzo często chwytasz konkretne emocje, chwile, wrażenia.

Owszem, zdarza mi się tak właśnie tworzyć. Są chwile, że coś po prostu każe mi usiąść i zapisać to, co w danym momencie czuję. Na przykład "Somebody That I Used to Know" to amalgamat doświadczeń, wspomnień, związków – z tego wszystkiego powstała ta konkretna narracja, z którą o dziwo wiele osób bardzo się identyfikuje.

A "Eyes Wide Open"? Dla mnie to jeden z najmocniejszych utworów na płycie.

Z jednej strony to w sensie muzycznym efekt pracy nad wysamplowanym dźwiękiem – nagrywałem go zimą na australijskim pustkowiu. Ten motyw stał się później podstawą dla linii basu piosenki. Ale praca w samotności, w tym niesamowitym miejscu – gdzie nie ma innych ludzi, wiatr hula po pustych przestrzeniach, natchnęła mnie do snucia postapokaliptycznych wizji. Wyobrażałam sobie, że jestem jedynym człowiekiem na planecie, który przetrwał nuklearną wojnę, czy coś w tym stylu. I że to już koniec wszystkiego, kres ludzkości, cywilizacji. To komponowało mi się z kolei z moimi ogólnymi refleksjami o naszej współczesnej kulturze i filozofii życia, że znaleźliśmy się w rodzaju pułapki, zagubieni i nieszczęśliwi. W dodatku jeszcze krzywdzimy naszą planetę. W opustoszałym, dzikim australijskim krajobrazie te myśli nabrały dużej ostrości.

Klip do tej piosenki doskonale ilustruje ten rodzaj dystopijnej i postapokaliptycznej wizji – zresztą wszystkie twoje wideoklipy są bardzo pomysłowe i dopracowane. Przywiązujesz dużą wagę do sztuk wizualnych?

Kiedy byłem młody, trochę malowałem, zawsze też podziwiałem obrazy i grafiki, które robił mój ojciec. Moje myślenie o muzyce w ogóle jest też wizualne, przestrzenne. Widzę muzykę w pewien sposób. Warstwa wizualna liczy się dla mnie zarówno przy występach na żywo, jak i pracy nad okładką albumu – ten komponent jest stale obecny na prawie każdym etapie pracy nad muzyką. Natomiast stworzenie fajnego, interesującego, inspirującego wideo do piosenki jest dla mnie wyzwaniem, które lubię podejmować, to po prostu duża przyjemność. Lubię pracować z utalentowanymi twórcami animacji, których znajduję sam przez internet albo ktoś ze znajomych mi o nich powie. Z drugiej strony mógłbym spokojnie poprzestać na robieniu wyłącznie muzyki i z tego czerpać satysfakcję. Muzyka nie potrzebuje obrazu, by silnie działać na emocje, by coś komunikować.

Przez całe lata byłeś artystą indie z Antypodów, teraz nagle zostałeś międzynarodową gwiazdą. Jak sobie z tym radzisz?

Nie wydaje mi się, żeby mnie to jakoś specjalnie zmieniło. Nie wiem tylko, czy przyzwyczaję się do tego, że ludzie mnie zaczepiają na ulicy. To zazwyczaj miłe, ale też dość dziwne. Jednak nie wpłynie to chyba na mnie jako twórcę – sam zawsze sobie dostarczam wystarczająco dużo presji, chcąc zrobić coś jeszcze lepszego i ambitniejszego niż wcześniej, że sukces i rozpoznawalność nie pogłębią tego. Nie wpłyną też na moją ocenę tego, co robię – wiem, kiedy mi się coś udało zrobić dobrze, a kiedy poniosłem porażkę.