Od ponad 20 lat śpiewa pan wiersze Zbigniewa Herberta. Dlaczego wybrał pan właśnie tę poezję?

Przemysław Gintrowski: Kocham te wiersze. Herbert jest dla mnie najwybitniejszym współczesnym polskim poetą. Literackiego Nobla dostało dwoje współcześnie żyjących Polaków, ale żadnym z nagrodzonych nie był Herbert. Został popełniony wielki błąd - wielki wstyd w Sztokholmie.

Mówi pan, że Herbert wielkim poetą był. Na czy polega więc jego wielkość?

Na samym początku na pewno trzeba powiedzieć o niezwykłej polszczyźnie Herberta, o tym, jak wspaniale operuje on słowem. Gdy ktoś przynosi mi wiersz i prosi, żebym go ocenił albo napisał do niego muzykę - robię test. Zamazuję jedno słowo albo jeden wers i patrzę, co się dzieje. Jeżeli utwór po takim barbarzyństwie nadal istnieje, to znak, że to "coś", to nie jest wiersz. U Herberta wystarczy zamazać jedno słowo i nie ma wiersza. Wiersz się rozpada. Ważny jest dla mnie też herbertowski system wartości. Przejrzystość i ukochanie tradycyjnych wartości moralnych zachwycać nigdy mnie nie przestanie. A na czym polega wielkość tej poezji, nie potrafię precyzyjnie odpowiedzieć. Wiem, że jest wielka. Odbieram to intuicyjnie, ale udowodnić tej tezy nie potrafię, tak jak nikt nie potrafi udowodnić tezy, że Mozart jest wielki, choć wszyscy o tym wiedzą. Nie istnieją wyznaczniki wielkiej sztuki.

Znaliście się. Czy poeta lubił pana piosenki?

Poznaliśmy się w stanie wojennym. Zrobiłem program "Pamiątki", gdzie śpiewałem kilka wierszy poety. Pomyślałem, że warto, aby autor tekstu wiedział, co wyrabiam z jego twórczością. Telefony wtedy nie działały, był rok 1982. Herbert mieszkał w Warszawie przy ulicy Promenady na Mokotowie i któregoś pięknego dnia zastukałem do jego drzwi. Przedstawiłem się, wszedłem do środka, a potem od czasu do czasu spotykaliśmy się. On wtedy mówił, a ja słuchałem. Na początku moje piosenki nie specjalnie przypadły mu do gustu. Herbert uważał, że jego wiersze są skończone i nie potrzebują dodatkowej muzycznej oprawy i interpretacji. Potem się do nich jednak przekonał. Opowiadano mi, że kiedyś podczas spotkania ze studentami na Uniwersytecie w Poznaniu powiedział słuchaczom, że jego wiersze i moją osobę łączą te same emocje.

Jakim był człowiekiem?

Kiedy o nim myślę, to zawsze jawi mi się taki facet śmieszny, który jest bardzo poważny, a na ramieniu siedzi mu bożek ironii. Trzeba bowiem wiedzieć, że Herbert był niebywałym ironistą. Był też człowiekiem niewyobrażalnie wręcz skromnym. Mimo że wiedział, że przechodzi do kanonów literatury światowej, to nie było w nim krzty megalomaństwa. Zachowywał się tak, jakby to go wcale nie obchodziło.

Jedna z pana płyt nosi tytuł "Odpowiedź". Na co i komu pan odpowiada?

Płyta jest moją odpowiedzią na czasy, w których żyjemy. Zabrałem głos w sprawie coraz większej miałkości, która nas otacza i przytłacza. A jest, niestety, coraz gorzej również w takiej sferze naszego życia jak kultura.

Co pana irytuje przede wszystkim?

Nie mogę na przykład pogodzić się z tym, że telewizja publiczna organizuje za publiczne pieniądze show młodego Iglesiasa, który nie potrafi śpiewać. Pytam też, dlaczego wciąż w naszych telewizorach można oglądać durne, telewizyjne biesiady? Mówiąc po norwidowsku, "bezmyślenie" mi się nie podoba. Postrzegam Polaków jako społeczeństwo konsumpcyjne i bezrefleksyjne.


Śpiewając w latach 80. po kościołach myślał pan, że przyjdzie mu żyć w takiej Polsce?

Myślałem, że Polska jest krajem ludzi mądrzejszych. Dziś potrzeba nam solidnej klasy politycznej. Nie stanowią jej na pewno ci pseudopolitycy, którzy uprawiają prywatę kosztem Polski. 50 lat komunizmu zabiło też w nas etos pracy. Jako społeczeństwo nie potrafimy pracować.

Ma pan nadzieję, że Herbert przemówi swoją poezją i Polacy się zmienią? A może śpiewanie jest dla pana formą autoterapii - formą ucieczki z tej polskiej byle jakości?

Nie ukrywam, że chowam się i uciekam, ale nie to stanowi istotę sprawy. Utwory Herberta uważam za poezję piękną, poezję dobrą i mądrą. Dlatego chciałbym pokazać ją szerszemu gronu ludzi.

Czy Polacy czekają na pana piosenki?

O dziwo, są jeszcze tacy i to podtrzymuje mnie na duchu. Wciąż na nowo jestem miło zaskakiwany. Okazuje się, że nie wszystkim wystarcza to, co pokazuje się w telewizji (...). Trzeba szukać nowej formy. Teraz już można walczyć tylko o duszę, bo na śpiewanie o kretyńskich politykach i naszej nie lepszej rzeczywistości szkoda gardła.

A nie szkoda panu czasu na pracę dla filmu "13 posterunek" Macieja Ślesickiego? Od lat piszę pan tam muzykę.

Lubię ten serial. Żyję z pisania muzyki i nie chcę tego zmieniać. Jestem zadowolony ze swojego życia. Mam żonę, dzieci, kota, psa, dom z ogródkiem. Pracuję w domu. Czemu mam żałować czasu?

Być może dlatego, że zabraknie go na poezję? Zastanawiał się pan, jaki byłby świat bez poezji?

Nie. Nigdy o tym nie myślałem. Każdy człowiek, gdy przychodzi na świat, ma w sobie potrzebę pewnej estetyki, czegoś, co nie jest li tylko biologią naszego życia. Jedni tę potrzebę rozwijają, a drudzy wręcz przeciwnie - zabijają. Bez sztuki żyć się nie da. Jestem o tym głęboko przekonany.

Wywiad przeprowadzony w 2003 roku, dotychczas nie był publikowany. Z Przemysławem Gintrowskim rozmawiał Tomasz Barański.