Jedną z najważniejszych cezur w historii Warszawskiej Jesieni jest połowa lat 70. To czas znużenia nowatorstwem, tęsknota do muzyki wyrażającej emocje, sztuki rozumianej jako dialog dwóch osób z całym ich światopoglądowym bagażem. Moje rozumienie muzycznej współczesności ukształtowała "Pasja wg św. Łukasza" Krzysztofa Pendereckiego, o której napisałem pracę magisterską.

W tym samym czasie, w którym powstała III Symfonia Henryka Mikołaja Góreckiego czy "Krzesany" Wojciecha Kilara, w Niemczech pojawiła się formacja "nowych romantyków" z Wolfgangiem Rihmem na czele, we Francji - grupa spektralistów z Gerardem Griseyem, a w skali ogólnoświatowej istotnym nurtem stał się minimalizm Terry’ego Rileya, La Monte Yunga i Luisa Andriessena. To wszystko przeobraziło scenę nowej muzyki, krusząc mniej więcej scalony dotąd jej kształt czasu postserialnego.

Ówczesne projekty "nowego romantyzmu" i "nowej prostoty" nie zakładały jednak banalizacji. O tym zadecydowała przemysłowa kultura dźwiękowa. Dziś za połać tego samego sukna społecznej akceptacji wydają się z jednej strony szarpać Penderecki i Kilar, z drugiej zaś Preisner i Rubik. Dwie sfery kultury zaczynają wzajemnie się małpować: elitarna podszywa się pod egalitarną, a egalitarna - pod elitarną, mieszając ludziom w głowach. To jednak dziś zjawisko powszechne; dość wspomnieć zespoły Philipa Glassa i Michaela Nymana: quasi-rockowe, quasi-filharmoniczne. Warszawska Jesień, by pozostała sobą i miejscem opiniotwórczym, musi być antypopulistyczna i antyegalitarna.

Warto zaznaczyć, że czas dla muzyki polskiej nie zatrzymał się w latach 70. Wówczas przeżywaliśmy euforię na fali sukcesów Lutosławskiego, Bairda, Serockiego, Pendereckiego czy Góreckiego. Pamiętajmy jednak, że były one w znacznym stopniu wspierane przez kontekst polityczny. Dzisiejsi 70-latkowie weszli w wielki, korporacyjny przemysł fonograficzny nakręcający koniunkturę koncertową.

Tymczasem taryfa większego otwarcia Zachodu na Wschód przez wrota Warszawskiej Jesieni została ograniczona i młodsze pokolenia kompozytorów skazane zostało na konieczność bardziej cierpliwego oczekiwania u bram komercyjnej kariery. Wydaje mi się jednak, że artystyczne "creda" Szymańskiego i Knapika są nadzwyczaj mocne zarówno w wymiarze lokalnym, jak i światowym. Do tego fenomenalna, wciąż kształtująca się osobowość Pawła Mykietyna. Śmiało można powiedzieć, że Szymański jest nowym Lutosławskim, a Mykietyn - nowym Góreckim.

Niezwykle trudnym momentem dla Warszawskiej Jesieni była połowa lat 90.: czas kryzysu finansowego oraz spadku zainteresowania festiwalem. Zmiana ustrojowa przyjęta została przez środowiska artystyczne i naukowe z wielkim entuzjazmem, jednak w sferze ekonomicznych przeobrażeń zachwiała istnieniem wielu dotąd w miarę bezpiecznie egzystujących inicjatyw i instytucji.

W 1995 Ministerstwo Kultury i Sztuki zasugerowało nawet ograniczenie trwania festiwalu do 2 - 3 dni bądź organizowanie go w trybie biennale. Na ów kryzys nakłada się próba zdefiniowania na nowo miejsca i znaczenia festiwalu w kontekście międzynarodowym.

Magia Warszawskiej Jesieni jako jedynej przestrzeni muzycznej wolności w całym dominium sowieckim zaczęła być coraz bardziej iluzoryczna. Niemal w każdym kraju Europy Środkowo-Wschodniej powstały większe lub mniejsze festiwale nowej muzyki, a stopniowo wprowadzane ułatwienia paszportowe i dewizowe pozwoliły coraz swobodniej podróżować po Europie.

To paradoks: póki mur berliński stał, ranga i rola Warszawskiej Jesieni była wyjątkowa i niekwestionowana. Kiedy wreszcie runął, pojawiło się pytanie o to, czy w nowej sytuacji politycznej festiwal nie wymaga reformy.
Kluczowe okazało się jego "wyjście w miasto".

Przez niemal czterdzieści lat koncerty Warszawskiej Jesieni odbywały się w bardzo ograniczonej liczbie elitarnych miejsc. W drugiej połowie lat 90. festiwal całkiem dosłownie wyszedł do szerokiej publiczności - aranżując do swoich potrzeb budynek Konesera, praską Fabrykę Trzciny czy halę sportową na Bemowie - a ta zauważyła, że jest on adresowany także do niej, i że można się w jego artystycznej przestrzeni czuć dobrze.

Ku zaskoczeniu socjologów kultury Warszawska Jesień zaczęła interesować coraz szersze rzesze słuchaczy, szczególnie młodych, zazwyczaj niezwiązanych profesjonalnie z muzyką. Po pół wieku znów nastał czas koncertów, na które brakuje biletów. Festiwal nabrał wiatru w żagle, płynąc na falach już po zjednoczonej, a niepodzielonej Europie.

W tym kontekście coraz częściej pojawiają się pytania o rewizję dotychczasowego charakteru Warszawskiej Jesieni, także w jej wymiarze czysto estetycznym. Przestrzeń współczesności poszerza się jak balon i nie wszystko da się zmieścić w programie jednego festiwalu. Tak zwana muzyka alternatywna ma przecież w Polsce odrębne przestrzenie, jak "Turning Sounds" czy "Musica Genera".

Komisja repertuarowa Warszawskiej Jesieni odznacza się rzadko spotykaną na świecie otwartością i pluralizmem. Ale jesteśmy też "skądś": wciąż mamy w uszach niski głos Tadeusza Bairda, pamiętamy smak wódki wypitej z Kazimierzem Serockim. To założyciele Warszawskiej Jesieni i bardzo ważna część tożsamości festiwalu.

Nie chciałbym się wstydzić za swe wybory artystyczne przed Lustosławskim, Patkowskim Bairdem i Serockim, dzięki którym moim światem stała się Warszawska Jesień. I chcę, by pozostała ona w niezmienionym kształcie, bowiem taka jest potrzebna nie tylko Polsce, ale i całej Europie.
-----------------------
Hity "Warszawskiej Jesieni"

21.09, 19.30 Filharmonia Narodowa
Mocny polski akcent na rozpoczęcie: "Fantasia Elegiaca" współzałożyciela Warszawskiej Jesieni, Kazimierza Serockiego, czyli wspomnienie czasów, gdy awangardą Polska stała. Do tego najnowsze dzieła dwch czołowych postmodernistów. Szymański rozpocznie swe stylistyczne gierki (oraz koncert) tytułową deklaracją "To nie jest uwertura", a Mykietyn zahipnotyzuje nas prestidigitatorskimi manipulacjami czasem. Za pulpitem stanie warszawskojesienny weteran i jeden z najwybitniejszych interpretatorów nowej muzyki - Reinbert de Leeuw.

21.09, 21.30 Filharmonia Narodowa
Urodzony na Węgrzech Szábolcs Esztényi to genialny pianista i improwizator, ale także, choć wielu o tym zapomniało, jeden z najbardziej utalentowanych polskich kompozytorów. Monograficzny koncert należał mu się od dawna, podobnie zresztą jak debiutancka płyta, której premiera towarzyszyć będzie wydarzeniu.

22.09, 19.30 Centrum EXPO XXI
Muzyka rozgrywa się nie tylko w czasie, ale również w przestrzeni. Kompozytorów od dawna fascynowała możliwość opanowania pozostałych trzech wymiarów. W klasycznym już "Nomos Gamma" Iannisa Xenakisa dźwięki krążą pomiędzy rozmieszczonymi wśród publiczności muzykami, zaś w najnowszym "things lost, things invisible" Ewy Trębacz - dzięki skomplikowanemu systemowi głośników. Gwoździem programu będzie jednak arcydzieło Gérarda Griseya, największego być może, a na pewno ostatniego geniusza drugiej połowy XX wieku, który studiując różne wymiary dźwięku, odkrył na nowo harmonię i melodię.

23.09, 16.30 Fabryka Trzciny
Na 50. edycję festiwalu przypada 25. rocznica pierwszego warszawskiego występu Elżbiety Chojnackiej, wizjonerki współczesnego klawesynu i jedynej polskiej instrumentalistki, dla której komponowała większość wybitnych kompozytorów schyłku minionego wieku. Podobnie jak ćwierć wieku temu wykona ona hipnotyczne kompozycje György Ligetiego. Z kolei w utworze południowoafrykańskiego kompozytora Granta McLachlana będzie koncertowała z zestawem bębnów, w "Pentacle" Jeana-Claude’a Risseta zaś - z komputerem. Jak zwykle da pewnie popis iście rockowej energii.

24.09, 19.30 Studio Koncertowe PR im. Witolda Lutosławskiego
Współczesność to także nieustający dialog Wschodu i Zachodu. Tym razem grecka Orkiestra Megaronu zestawi dzieła stworzone w samym sercu europejskiej muzyki, Wiedniu (klasycyzujący koncert puzonowy Friedricha Cerhy oraz migotliwy "Nokturn w czerwieni i błękicie" Zbigniewa Bargielskiego) z nowymi kompozycjami Giji Kanczelego oraz Toshio Hosokawy. Gruzin jak zwykle oczaruje mistyczną, nostalgiczną zadumą, która zdaje się wyrastać z surowego krajobrazu okolic Tbilisi. Z kolei w "Voyage IX" Hosokawy orientalne poczucie czasu oraz japoński rytualizm zderzone zostaną z żywiołem europejskiej symfoniki.

24.09, 22.30 Centrum Artystyczne Montownia
"Zeugen" Geroges’a Aperghisa to chyba najciekawsza, a bez wątpienia najbardziej niekonwencjonalna spośród kilku teatralnych odsłon tegorocznego festiwalu. W głównych rolach wystąpią w niej kukiełki, kopie zabawek stworzonych kiedyś prze Paula Klee dla syna. Co ciekawe, ci nietypowi bohaterowie pozostaną nieruchomi do końca przedstawienia; ożywi je ruch kamery w rękach lalkarza, z której obraz rzutowany będzie na dwa duże ekrany. Renoma Aperghisa jako wytrawnego operowego wizjonera gwarantuje, że czeka nas nowatorskie artystyczne wydarzenie, a nie czczy eksperyment.

26.09, 22.30 CSW Zamek Ujazdowski
Pochodzący z Cypru Yannis Kyriakides jest obecnie jednym z czołowych twórców muzyki elektronicznej oraz form multimedialnych i to zarówno na scenie klasycznej, jak i alternatywnej. W Warszawie ujrzymy oba jego oblicza: pierwsze w utworze "Dog Song" skomponowanym dla wirtuoza trąbki mikrotonowej, Marco Blaauwa; drugie w interdyscyplinarnym (muzyka, taniec, wideo), improwizowanym projekcie "Co-Inc".