Częś krytyków mówi o twojej nowej płycie, że jest bardziej komercyjna od poprzedniej.
Jose Gonzales: Zdecydowałem się podążać drogą, którą wybrałem na debiucie. Ponownie więc gitara występuje tu w roli głównej. Tak jak wtedy skupiłem się na pisaniu piosenek, a nie produkcji. Samo nagrywanie i miksowanie zajęło mi niecały miesiąc. Dzięki temu z piosenek nie uleciały emocje.

Podobno na nowym albumie chciałeś ujawnić prymitywne aspekty ludzkiej natury...
Skupiłem się na mrocznej naturze człowieka, któremu nie obca jest nienawiść, pożądanie i chciwość. Zamiast popadać w melancholijne tony, wolę mówić o walce i agresji. Nie znoszę użalania się nad sobą.

Urodziłeś się i mieszkasz w Szwecji, ale wielu jest święcie przekonanych, że jesteś Amerykaninem.
Staram się śpiewać bez szwedzkiego akcentu. Chce być przekonywujący dla każdego - to dlatego piszę po angielsku.

Nagrałeś parę coverów m.in. Massive Attack i Joy Division. Czym kierujesz się przy ich wyborze?
Najważniejsze jest to bym lubił tę piosenkę. Staram się znaleźć utwór zupełnie różny od tego co robię, tak żebym mógł go zasadniczo zmienić. Nie znoszę artystów, którzy opierają się na tym, co zrobili inni, jak już gram kawałek innego wykonawcy, staram się to zrobić tak jakby był mój.

Co sądzisz o nowych sposobach promowania - ty zaistniałeś dzięki reklamie telewizora, Arctic Monkeys dzięki internetowi, jak to oceniasz?
Poszedłem na kompromis, chciałem żeby moja muzyka była słyszana, chciałem trafić do szerszej publiki. Ważne było dla mnie to, że nie reklamuje broni czy czegoś kontrowersyjnego. Fajnie, że reklama jest zabawna i świetnie zrealizowana. Nie będę też ukrywał, że dzięki niej nie muszę martwić się o pieniądze na czynsz. To było jednak przede wszystkim moje narzędzie do trafienia do słuchaczy. Nie widzę w tym nic złego.