Pewnie wiele osób wciąż ze zdziwieniem przeciera oczy, kiedy na szczytach list przebojów znowu widzi zespół IRA, który tym razem promuje najnowszy album "Londyn 08:15". Tak, to ci sami, którzy przed dekadą zdobywali tłumy, wydzierając się: "Lubię nosić buty z wielkim czubem, moje długie włosy to jest coś, co lubię". To niejedyny podobny przypadek. Na scenie triumfują również rówieśnicy muzyków IRY. Czy czeka nas wielki renesans rocka lat 90.? Czy stylistyka początków rodzimego kapitalizmu wróci, tak jak kilka sezonów temu wróciły kiczowate lata 80.?

W tym tygodniu do sklepów trafił krążek "Unplugged" grupy Hey, która zaraz rusza w trasę koncertową z okazji swego piętnastolecia. Natomiast w niedzielę w Sali Kongresowej świętowanie tej samej rocznicy zakończą Wilki, którymi niestrudzenie dowodzi wieczny rock’n’rollowiec Robert Gawliński. I Hey, i Wilki, i IRA należą do wąskiej grupy największych gwiazd naszej muzyki lat 90. Wtedy startowali, wtedy odnosili pierwsze wielkie sukcesy. Później bywało różnie, ale sentyment w narodzie nie zginął i dziś idole sprzed dziesięciolecia ponownie rządzą.

Ku pokrzepieniu serc
Wspominanie muzyki lat 90. to jak pisanie historii wychodzenia Polski z komuny, budowania nowego ustroju. Kto jeszcze pamięta dziś kasety sprzedawane na straganach, szerzące się wszędzie piractwo, a do tego młode zespoły rockowe, które występowały na festiwalu w Jarocinie, a następnie przygotowywały pierwsze nagrania w Studiu Izabelin? "Tamte czasy były smutne i ponure, jeśli chodzi o polską muzykę" - opowiada menedżerka Katarzyna Kanclerz, która w latach 90. trzęsła rodzimym rockiem. "Nagle firma MJM z wielką brawurą wyszła z Wilkami i zainwestowała pieniądze w ich promocję. Te plakaty we wszystkich miastach Polski robiły wrażenie, bo w naszym naiwnym mniemaniu to było bardzo po amerykańsku".

Gawliński żartuje, że oni akurat nie potrzebowali menadżerki, bo byli zbyt krnąbrni i niegrzeczni. Sam zresztą prowadził mocno hipisowski tryb życia, nie stronił od wszelkich używek, nosił skórę, włosy na sztorc. Słuchał The Cure, Patti Smith i U2, a większość czasu spędzał w stołecznym klubie Stodoła. "To był piękny czas, kiedy w klubach studenckich można było spotkać starych bluesmanów, jazzmanów, zespół Kult" - wspomina. "Wpadali także plastycy, którzy malowali przy tej muzyce. Wtedy to wszystko się ze sobą mieszało i działało na nas niezwykle inspirująco".

Muzyka Wilków w 1992 roku stała się swego rodzaju symbolem przemian, gdy nowo powstające rozgłośne Radio ZET, WAWA czy RMF FM zaczęły grać ich przebój "Son Of The Blue Sky". "Ta piosenka doskonale pasowała do tamtych czasów, kiedy budziliśmy się z głębokiego marazmu, powstawało wiele nowych rzeczy" - mówi Gawliński. "Wyobrażaliśmy sobie, jak teraz będzie cudownie, otworzymy się na świat, będzie przepływ informacji i Warszawa stanie się Paryżem Wschodu. To był taki utwór ku pokrzepieniu serc". Na straganach zrobiło się aż błękitnie od pirackich kopii ich pierwszej płyty "Wilki", która oficjalnie rozeszła się w liczbie 500 tysięcy egzemplarzy, a na boku może nawet w dwukrotnie większej.

Sukces z prowizorki
Z Zachodu zaczęła napływać zupełnie świeża muzyka z Seattle, czyli Nirvana, Soundgarden, Alice In Chains czy Pearl Jam. Modne stały się długie włosy, długie zielone kurtki typu parka oraz mocne buty Martens. Dokładnie w ten styl wpasowała się grupa Hey. Katarzyna Kanclerz wypatrzyła szczeciński zespół podczas festiwalu w Jarocinie w 1992 roku. "Występowali po grupie, która była bardzo źle przyjęta przez publiczność" - wspomina. "Kiedy Kasia Nosowska wyszła na scenę, publiczność na jej widok zupełnie się uspokoiła. Chociaż Kasia była wycofana, wszyscy zaczęli zachęcać ją do śpiewania. Zrozumiałam, jak wielka siła tkwi w tej postaci".

I tak kilka tygodni później grupa siedziała w studiu w Izabelinie i nagrywała swój pierwszy materiał. Muzycy mieli gotowych zaledwie kilka utworów, więc reszta powstała w studiu, a teksty dopisywane były na kolanie. Z tej prowizorki wziął się jednak kolosalny sukces. Można powiedzieć: wzorcowa historia awansu w młodym kapitalizmie.
Dwie pierwsze płyty Hey "Fire" oraz "Ho!" sprzedały się w kilkusettysięcznych nakładach, a zespół ruszył w ogromne trasy koncertowe, jakich dotychczas w naszym kraju nie było: profesjonalne nagłośnienie, oświetlenie i kilka tysięcy publiczności. Okazało się, że w Polsce zapanował prawdziwy boom na muzykę. "To były fajne czasy, z jednej strony pojawiła się masa dobrych artystów, którzy przychodzili z własnym repertuarem" - tłumaczy Kanclerz. "Z drugiej strony była młoda publiczność stęskniona za taką ofertą. Wszystko fantastycznie się spotkało".

O kurczę, ona jest naga!!!
Gdzieś obok tych dwóch wielkich zespołów walczących o pozycję na rynku swoje miejsce znalazła nieco starsza stażem, lecz również startująca w Jarocinie grupa IRA. To właśnie podczas ich koncertów Jurek Owsiak robił pierwsze show, biegał wśród publiczności z pudełkiem na buty i zbierał pieniądze na Centrum Zdrowia Dziecka. Potem grupa stała się jedną z flagowych formacji występujących podczas corocznych imprez Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

IRA sprzedawała w muzycznej formie - tak popularny wówczas - mit Ameryki. Członkowie zespołu imponowali mocno przerysowanym stylem rockmanów: długimi włosami, skórami, bandanami zakładanymi na wzór Guns’n’Roses czy Bon Jovi. Do tego dochodziły piosenki, często z wręcz kuriozalnymi tekstami o urokach rock’n’rollowego życia - w stylu: "Jaki kac pulsuje w głowie, przeżyłem wczoraj ostry balet. Jakaś panienka drzemie obok, o kurczę, ona jest naga!!!".

Prawdziwym spełnieniem amerykańskiego snu stał się dla IRY występ przed legendarnym Aerosmith w 1994 roku w Warszawie. Amerykanie byli wtedy u szczytów sławy. Anegdota głosi, że dzień przed koncertem muzycy IRY spotkali wokalistę Stevena Tylera w hotelu, gdy wychodził z windy. "Podszedł do nas i przedstawił się" - wspomina Gadowski. "Zatkało nas, bo przecież wiedzieliśmy, kim on jest. A on spytał, co robimy wieczorem i zaprosił nas na potężne party do klubu Ground Zero. Tam zobaczyliśmy, jak bawią się prawdziwe gwiazdy".

Wszystko było możliwe
Ale zabawa nie trwała wiecznie. Pod koniec lat 90. koniunktura na polskim rynku zaczęła się psuć. Nakłady płyt spadały, publiczność nie przychodziła na koncerty. Gadowski w 2000 roku wyjechał, żeby na własnej skórze sprawdzić amerykański mit. Za Oceanem miał śpiewać, trafił na budowę. Później walczył z chorobą tarczycy. Z Wilkami i Heyem czas obszedł się łagodniej, ale i oni na dłuższy czas wypadli z obiegu (Gawliński również musiał się uporać z ciężką chorobą).

Dla Wilków przełomowa była "Baśka". Dzięki niej odbudowali popularność. Jednak na sam szczyt już nie wrócili. Znamiennym zdarzeniem były eliminacje do konkursu Eurowizji w 2003 roku. Wilki wystąpiły z piosenką "Here I Am". I przegrały konkurencję z Ich Troje. Grupa Michała Wiśniewskiego promowała wtedy hit "Keine Grenzen", a za menedżera miała... Katarzynę Kanclerz.

Świat się zmienił, niewinna atmosfera pierwszych lat po ustrojowym przełomie zniknęła, rynek się ustabilizował, wyparowały z niego emocje. I chyba tym należy tłumaczyć obecny come back gwiazd lat 90.: nawet jeśli Wilki czy IRA kojarzą się dziś z obciachem, to przecież gwarantują sentymentalny powrót do lat młodości wielu z nas - kiedy karierę robiło się z dnia na dzień, pieniądze leżały na ulicy i wszystko było możliwe.