Skąd pomysł, by nagrać płytę nawiązującą do opery komicznej?
Robert Wyatt: Pomyślałem, że to konwencja, która pozwala znaleźć równowagę miedzy różnymi tonami - karnawałowym i dramatycznym. Nigdy nie pokusiłbym się o próbę napisania wielkiej opery tragicznej. Nie jestem Ryszardem Wagnerem. Nie znaczy to, że na "Comicopera" unikam poważnych tonów. W pierwotnym rozumieniu komedia niekoniecznie oznaczała coś niebywale śmiesznego, po prostu opowiadała o ludzkich słabościach. Z moją płytą jest podobnie - całość jest poważna, komizm to wentyl, który ułatwia uwolnienie emocji. Pozwala powiedzieć rzeczy ważne, ale ze swobodą i wdziękiem.

Dlaczego w finale płyty rezygnujesz ze śpiewania po angielsku?
W drugiej części albumu pokusiłem się o próba diagnozy obecnego stanu zachodniej cywilizacji. Wojna i polityka to siły, wobec których trzeba się określić. Podobnie religia - ona każe człowiekowi dorastać w poczuciu winy. Finał płyty jest sprzeciwem wobec stosowania przemocy w rozwiązywaniu konfliktów międzynarodowych i "słusznym" wojnom, choćby tej w Iraku. Muszę przy okazji powiedzieć, że tu w Anglii wciąż pamięta się o polskich lotnikach z czasów II wojny światowej. A jednak teraz pamięć o tamtym bohaterstwie, i duma z niego zostaje upokorzona przez absurdalne, kunktatorskie interwencje zbrojne. Dlatego czuję wstyd, że jestem Anglikiem i zdecydowałem się na status "obcego". Nie chcę już nigdy śpiewać po angielsku.

Powiedziałeś kiedyś z dumą: "nigdy nie nagrałem rockowej płyty". Czy to oznacza także niechęć do współczesnej kultury anglosaskiej, gdzie rock jest tak ważnym elementem?
Kultura światowa jest tak bogata, że koncentrowanie się na tym, co dzieje się na Wyspach Brytyjskich wydaje mi się przesadą. Kolejna wielka inwazja heavy metalu - też mi wydarzenie (śmiech). Dlatego dostrzegam wśród artystów i odbiorców sztuki bunt przeciw kulturze anglosaskiej, której dominacja trochę przypomina inwazję chrześcijaństwa w minionych wiekach. Wiadomo, że wynika to z rozwoju przemysłu rozrywkowego, a ja nie chcę - na ile to możliwe - być jego częścią. Nie chcę być traktowany jako ktoś wyjątkowy tylko dlatego, że jestem Anglikiem i gram rocka. Mnóstwo zdolnych ludzi gra muzykę. A z drugiej strony jednak muzyka rockowa przyniosła mi dużo szczęścia, jej dawna niewinność była wspaniała, a idea, że każdy może założyć zespół, bardzo mi się podoba.

Dlaczego dziś do łask wraca nie tylko klasyczny rock też muzyka folk?
Siła folku wynika z tego, że kształtował się przez wieki, przy nim rock to bardzo młody gatunek. Dlatego wierzę, że przetrwa i będzie cały czas mocny i potrzebny. Moja żona Alfie zbiera sporo muzyki góralskiej, również z Tatr. Słychać w niej pokrewieństwa z muzyką ze Słowacji, ale to jednak zupełnie niepowtarzalny styl. Byłoby strasznie, gdyby świat zapominał o tych unikalnych formach.

Kilkukrotnie występowałeś na płytach znacznie młodszych artystów, m.in. ze Scritti Politti, Ultramarine czy na płycie "Medulla" Bjork. Śledzisz ich dokonania?
Jestem staromodny i słucham głównie starych mistrzów - Charlesa Mingusa czy Billa Evansa. Nie bardzo mam pojęcie, co aktualnie się gra. Większość z wymienionych przez ciebie twórców sama się do mnie zwróciła i za każdym razem była to dla mnie ciekawa nauka. Nie wyobrażasz sobie, jak byłem zdenerwowany, gdy Bjork odwiedziła mnie na parę dni! Czułem się zaszczycony, bo Bjork to cudowna kobieta. Ona jest jak księżniczka, więc chciałem ugościć ją po królewsku.

Teraz podpisałeś kontrakt z Domino, kuźnią młodych gwiazd, np. Franz Ferdinand i Arctic Monkeys. Jesteś zadowolony z tej współpracy?
Ludzie w Domino są cudowni - niezwykle inteligentni, pracowici i pełni entuzjazmu. Jestem pod wielkim wrażeniem. I choć mówi się, że to modna wytwórnia, tak naprawdę mieli dużo szczęścia i ciężko zapracowali na ten sukces. To nie są ludzie nastawieni tylko na zysk, po prostu chcieli wydawać fajne zespoły. Przypominają nieco legendarną oficynę Rough Trade z początku lat 80., dla której nagrywało mnóstwo oryginalnych, niepokornych kapel, takich jak The Raincoats czy The Smiths. Jestem bardzo wdzięczny szefom Domino, bo to od nich wyszło zaproszenie. A wiem, że na mojej płycie nie zarobią ani grosza.



Robert Wyatt
Comicopera
Domino
*****
Wyatt gra kolejną część "komedii ludzkiej". Tym razem maestro z równą pasją wyśpiewuje subtelne poetyckie frazy Garcia Lorci i słowa robotniczego hymnu. Łączy wzniosłość opery i karnawałową ludyczność, elegancję jazzowego big-bandu i psychodeliczne eksperymenty, autentyzm folkowej pieśni i żar starego soulu. Jego współczesna opera komiczna ma trzy części.

Po lirycznym, zadumanym początku następuje rodzaj dłuższego intermezzo. Czarując melodią, Wyatt stopniowo zagęszcza jednak beztroską aurę zapowiadając dramatyczne akcenty finału. Przejmujący ton tych nagrań wydaje się bardzo niedzisiejszy i rzeczywiście warto zapomnieć na chwilę o innych płytach z tego roku, bo każdy krążek brodatego Roba to święto godne skupionej celebracji.