W to, że kwartet z Irlandii ma potencjał, już wówczas nikt nie wątpił. Poprzednie wydawnictwa zespołu, z żarliwym "The Unforgettable Fire” (1984) na czele, przypadły do gustu zarówno krytykom, jak i fanom rocka. Było w tej muzyce coś gniewnego i poetyckiego zarazem, była energia porywająca tłumy, była siła, która nie pozwalała nikomu przejść obok U2 obojętnie. Zespół miał już na koncie kilka świetnych, autentycznie porywających kompozycji - wystarczy wspomnieć choćby dramatyczną "Sunday Bloody Sunday”, wciąż jednak brakowało przebojów. Singlowych piosenek, od których krztusiłyby się radia i antena MTV. Na szczęście muzycy wykazali się zdrowym rozsądkiem i zamiast wymyślać koło od nowa, poszukali inspiracji u źródeł rocka - w irlandzkim i amerykańskim folku, w muzyce gospel i soul, w country i bluesie. Odkryli wspólne dla tych wszystkich gatunków tętno, dokopali się do nutek prostych i chwytliwych, ale jednocześnie zdolnych unieść ciężar ludzkich emocji.

Warto przy tym pamiętać, że świetnie brzmiącej muzyce towarzyszyły mocne, uniwersalne teksty - o poszukiwaniu Boga, o nadziei i miłości, która wszystko zwycięża. Kiedy niemal cała konkurencja śpiewała o szybkich dziewczętach i pięknych samochodach, Bono przypomniał światu, że muzyka rockowa może być czymś znacznie większym i ważniejszym niż tylko głośną rozrywką dla mas.

Dziennikarze muzyczni kilka razy w roku obwieszczają narodziny nowej rockowej gwiazdy. Taka praca. Wystarczy, że komuś uda się jedna piosenka lub - to już w ogóle pełnia szczęścia! - cała płyta. Potem w napięciu oczekuje się kolejnego wydawnictwa i… zwykle nic się nie dzieje.

Oczekiwania wobec U2 w przededniu wydania "The Joshua Tree” były ogromne, a zespół dokonał niemożliwego i nagrał album, który owe oczekiwania przerósł. Pal licho entuzjastyczne recenzje, doskonałą sprzedaż płyty i szaleństwo na wyprzedanych do ostatniego biletu koncertach! "The Joshua Tree” jest albumem, który trwale odmienił muzykę rockową.

Na scenach całego świata zaroiło się od gitarzystów, którzy chcieli brzmieć jak Edge i śpiewać (oraz wyglądać) jak Bono. Ale nawet artyści, którzy dzielnie oparli się pokusie zmiany stylu, nie potrafili przejść obojętnie obok fenomenalnych kompozycji - mało jest w historii muzyki popularnej płyt, które dostarczyłyby repertuaru tak wielu i tak różnych wykonawcom. Dość powiedzieć, że covery piosenek z "The Joshua Tree” mają na koncie zarówno electropopowi giganci z Pet Shop Boys, jak i metalowcy z Sepultury. Oraz Cher, Kane, Bonnie Tyler, P.O.D., Gregorian, Royal Philharmonic Orchestra i wielu, wielu innych wykonawców, od Polski po Japonię.

Filmy czy reklamy, w których pobrzmiewają znajome nuty, równie trudno zliczyć. Niemożliwe wydaje się też dziś znalezienie mieszkańca cywilizowanego świata, który nie znałby melodii "With Or Without You” czy "I Still Haven’t Found What I’m Looking For” - nawet jeśli nie potrafi jej zidentyfikować.

U2 nie zmarnowali ostatnich dwudziestu lat. Wydali kilka świetnych płyt, grają koncerty, których nie da się zapomnieć do końca życia, a Bono - napędzany wybuchową mieszanką megalomanii i dobrych chęci - prowadza się pod rękę z prezydentami i papieżami, naiwnie wierząc, że uda mu się zaprowadzić raj na ziemi. Zapomniał chyba, że muzyk dysponuje tylko jednym orężem w walce o lepszy świat - swoją muzyką. Pewnie dlatego artystycznego sukcesu "The Joshua Tree” na razie nie udało im się powtórzyć. Z drugiej strony wiem, że domagam się niemożliwego. Przecież takie płyty nagrywa się tylko raz w życiu.