My robimy słowami samego Bono i The Edge’a w nigdy wcześniej niepublikowanym wywiadzie, którego wokalista i gitarzysta udzielili na początku 1987 roku podczas światowej trasy koncertowej promującej "The Joshua Tree”. Muzycy odkrywają kulisy powstawania albumu, tłumaczą, na czym polega misja zespołu i przekonują, że dobra muzyka nie potrzebuje nowych technologii.

Wasz poprzedni album "The Unforgettable Fire” (1984) został wyprodukowany przez tę samą ekipę: Briana Eno i Daniela Lanois. Ale, jak sam mówiłeś, nie jest tak dopracowany i spójny jak "The Joshua Tree”. Ta płyta przynosi zupełnie inne brzmienia...

Bono: Tak jak poprzednio - wiele eksperymentowaliśmy. Tym razem szukaliśmy też uniwersalnej myśli, czegoś naturalnego i bezpośredniego, co sprawiłoby, że muzyka będzie poruszająca. Pomyśleliśmy, że dobra piosenka musi być prosta, powinna także obnażać nasze uczucia i odwoływać się do pierwotnych emocji, wspólnych wszystkim. Dlatego podczas pracy wspólnie słuchaliśmy sporo muzyki narodowej, głównie zespołów jamajskich, gospel i country. Paradoksalnie z tej wybuchowej mieszanki powstała nowa jakość. Momentami czuję, że "The Joshua Tree” przypomina skrobanie paznokciem po bluesowej gitarze, ale jednocześnie słyszę w niej delikatne elementy country.

Może kiedyś nagracie cały album z taką muzyką?

Bono: Nie sądzę, byśmy kiedykolwiek chcieli nagrać płytę country. Ale nie chcę się zarzekać. Dziś mogę powiedzieć, że nie cierpię mainstreamowego popu, a pewnego dnia ktoś przyłapie mnie na śpiewaniu nieskomplikowanych pioseneczek dla mas. I co wtedy zrobię? (śmiech)

Uważasz, że „The Joshua Tree” odniósł sukces? To dobry album?

Sukces tej płyty polega na tym, że choć piosenki tworzą dość melancholijny krajobraz, są moralnie krzepiące. Podnoszą na duchu i dodają siły. Ciężko to wyrazić, ale pisaniu tych utworów towarzyszył rodzaj misji. Ludzie uważają, że U2 powinno śpiewać hymny, i rzeczywiście to robimy. Naszą misją jest wykrzesanie z ludzi iskierki optymizmu. To dojrzały optymizm, przez który przeziera całe doświadczenie ludzkości, duch historii. Teksty są bardziej precyzyjne niż na poprzednich. Do tej pory raczej szkicowałem słowa na płyty, przeskakiwałem nad ich znaczeniem. Teraz chciałem pisać o czymś głębokim i prawdziwym. Wiesz, ja już jestem za stary na hippisowskie słowne przebieranki (śmiech). Mam 26 lat i czuję, że heroiczne czasy opowieści wziętych z życia i polityki, takich jak "Sunday Bloody Sunday”, są już za nami.

Chwilami czuć wyjątkowo podniosły nastrój, jak w "Exit"...

The Edge: "Exit” i "Where The Streets Have No Names” to bardzo amerykańskie piosenki. Chociaż nagrał je europejski zespół, równie dobrze mogły zostać napisane wszędzie, są tak nowoczesne i uniwersalne. Myślę, że bardzo pomogły w tym rozmowy z muzykami amerykańskimi, reprezentującymi nurt oryginalnego folku, hip-hopu czy r'n'b. Zafascynowała nas amerykańska kultura paradoksów, która skłoniła nas do eksperymentów z brzmieniem.

U2 kontynuuje wielką tradycję angielskich zespołów rockowych, które podróżowały po Ameryce i czerpały inspirację z kultury oraz muzyki tego kraju?

Bono: Gdy zaczynaliśmy, postanowiliśmy, że będziemy grać tak jak nikt inny do tej pory. Odrzuciliśmy rock'n'rolla w jego pierwotnych założeniach, czyli dwunastodźwiękową skalę bluesową w rozmaitych rytmicznych konfiguracjach, często doprowadzoną do parodii przez Europejczyków, którzy nie czuli do końca tych brzmień. Słyszeliśmy, jak rock'n'roll jest zarzynany przez wszystkie uliczne i knajpiane zespoły w Dublinie w latach 70. i 80. Uznaliśmy, że ta muzyka jest już martwa. Chcieliśmy zrobić coś oryginalnego, pokazać rock'n'roll z innej strony. I zrobiliśmy to.

Teraz, kiedy osiągnęliśmy już pewną pozycję, szukamy dalej. Ale też nie chcemy dać się pożreć tym nowym wpływom. Dlaczego daliśmy się uwieść Ameryce? Bo rozumiemy jej ducha, forma jest dla nas mniej ważna. Ja mimo wszystko kocham prawdziwego bluesa, kocham rdzenną muzykę Stanów i jej poezję. W śpiewie starych bluesmanów kryje się wielki duch muzyki. Tym, co mnie interesuje najbardziej w muzyce, jest jej poetyckość, czasem ukryta w zupełnie starych, niewinnych nagraniach, jak np. Roberta Johnsona, poezji Afroamerykanów, nowoczesnej chłodnej poezji Roberta Haydena, a także wierszach Indian Ameryki Północnej.

Czy sesje nagraniowe przeżywacie jako coś wyjątkowego?

Bono: Dziś jestem już na tym etapie, że mnie cała ta rutyna trochę nudzi. Wiem, że studio nagraniowe to jedna wielka ściema. I tak najważniejszy jest moment, gdy Edge uderzy pierwszy akord, a Larry wejdzie ze swoją partią. Dorobiliśmy się wprawdzie cyfrowej rejestracji dźwięku, mamy płyty CD, ale proces nagrywania pozostał dla muzyków tak samo męczący. Wiadomo, że studia żyją z naszych nagrań i nie możemy pójść na żywioł, podporządkować ich sobie, jakbyśmy chcieli. To oni dyktują warunki...

The Edge: Mimo wszystko nasze najlepsze nagrania to te, które powstawały spontanicznie, gdy bez wahania rzucaliśmy wszystko, by grać.

Bono: To prawda. W całej tej nowoczesności wciąż brakuje ducha starych nagrań z lat 30., 40., tej chropowatości i improwizacji, którą słyszymy na starych jazzowych i bluesowych płytach. Co mnie obchodzą nowinki w postaci CD, kiedy ja wolę posłuchać dobrego nagrania przez szmery i szumy, zamiast złej piosenki w idealnym zapisie na CD? Jakość brzmienia nagrań od czasu Beatlesów wcale się tak bardzo nie polepszyła. Dziś, w latach 80., mamy o wiele za dużo złej muzyki, ponieważ artyści zostali odcięci od procesu jej powstawania.

Muzyk stał się tylko częścią łańcucha pokarmowego show-biznesu, jaki tworzą producenci, inżynierowie i menedżerowie z wielkich wytwórni. Utraciliśmy wpływ na to, czym ma być nasza muzyka, bo to oni decydują o jej ostatecznym kształcie. A w eksperymentowaniu najważniejsze jest podejmowanie wyzwań - dobra muzyka może się zrodzić tylko wtedy, gdy bierzesz się za coś, co wydaje się niemożliwe, czego nikt do tej pory tego nie próbował. Trzeba rzucać ludziom wyzwanie, trzeba ich drażnić i prowokować dźwiękami, bo tylko taka muzyka może zostać w głowie na dłużej. Rock and roll potrzebuje innowacji. Wciąż jest w nim wiele do zrobienia.

Co zamierzacie dalej?

Bono: Przy "The Joshua Tree” musieliśmy się na nowo określić, bo nie chcieliśmy być takim zespołem The Who lat 80., grającym przaśnego i prostego rocka gitarowego. Chcieliśmy iść dalej, znaleźć własną drogę. Nie wiem, dokąd nas ona zaprowadzi, wiem tylko, że szukanie jej to dobra zabawa. Cieszę się, że wytrwaliśmy w naszym uporze, choć może to też oznaczać, że będzie ukazywało się coraz mniej albumów U2, bo nie chcemy grać tylko tego, czego oczekują od nas ludzie.