"Ja chyba naprawdę muszę kochać muzykę, skoro cały czas utrzymuję się w show-biznesie" - mówi dzisiaj Angie Stone. "Przez cały ten czas ciężko walczyłam o to, żeby utrzymać się na powierzchni. A nie uległam żadnym modom. I tylko miłość do tego, co robię, była moją jedyną podporą".

Ta doskonała artystka ma na swoim koncie zaledwie cztery płyty. Ale niech nas to nie zmyli. Liczba nagranych albumów w przypadku Angie Stone nie ma większego znaczenia. To artystka do bólu niezależna. Nigdy nie myślała o karierze za wszelką cenę, a jedynie o tym, żeby tworzyć oryginalną muzykę. W końcu swoją karierę zaczynała jeszcze pod koniec lat 70. u boku pionierów hip-hopu The Sugarhill Gang, a w ostatnich latach do współpracy zapraszali ją m.in. Stevie Wonder i Ray Charles.

Powszechnie lubiana ze względu na ogromną pogodę ducha i potężny głos, czarnoskóra Stone jest przykładem artystyki, która nie potrzebuje silikonu, diet odchudzających i afer z pierwszych stron gazet. Ona żyje muzyką, i tylko.

I nie jest też tak, że zna ją jedynie garstka krytyków muzycznych i koneserów. Bo Angie może się poszczycić kilkoma sporymi sukcesami komercyjnymi. Razem z żeńską formacją The Sequence w latach 80. podbiła listy przebojów singlem "Funk You Up", który kilka lat temu we własnej wersji "Keep Their Heads Ringin" przypomniał raper Dr. Dre. Na fali mody na R&B na początku lat 90. przebiła się ze swoim triem Vertical Hold dzięki piosence "Seems You’re Much Too Busy". Pomogła również w karierze swojemu ówczesnemu partnerowi D’Angelo, którego swego czasu amerykańscy krytycy okrzyknęli "Jezusem R&B", oraz zaśpiewała w chórkach na płycie Lenny’ego Kravitza "5". Wreszcie kiedy pod koniec lat 90. rozpoczęła solową karierę, chętnie do współpracy zaczęły ją zapraszać koleżanki po fachu: Alicia Keys, Macy Gray, Joss Stone. Dziś, w napływie dużo młodszych, produkowanych masowo neosoulowych wokalistek, Angie Stone jako jedna z niewielu artystek wciąż reprezentuje wszystko to, co najlepsze w muzyce czarnej.

Nic dziwnego, że kiedy w zeszłym roku legendarna wytwórnia Stax Records wznowiła działalność, jej szefowie od razu zapowiedzieli wydanie albumów Isaaca Hayesa i właśnie Angie Stone. Firma założona pod koniec lat 50. w Memphis przez Jima Stewarta właściwie wykreowała w tamtym czasie modę na południowy soul, wczesny funk i chicagowski blues. Obok takich wytwórni, jak Motown, Blue Note czy nawet Def Jam, właściwie napisała całą współczesną historię muzyki czarnej. Jednak o ile większość z tych firm zdołała przetrwać na rynku nawet w najcięższych czasach, o tyle Stax z powodu bankructwa musiała zawiesić działalność na ponad trzydzieści lat. Na szczęście pod swoje skrzydła wziął ją obecnie jazzowy gigant Concord Records, który przypominał jej legendę fantastycznym boksem "Stax 50th Anniversary Celebration" i nowym wydawnictwem "Celebrating The Music of Earth, Wind & Fire", a teraz zamierza znów walczyć o liczne grono słuchaczy. Z jednej strony mają to być starsi fani soul i R&B, którzy pamiętają jeszcze czasy m.in. The Bar-Kays, Otisa Reddinga i Rufusa Thomasa, a z drugiej nieco młodsi widzowie chociażby VH1. Na pierwszy ogień poszła właśnie Angie Stone, blisko pięćdziesięcioletnia gwiazda neosoul i ten wybór należy uznać za bardzo udany.

Na płycie Stone "The Art Of Love & War" jak zwykle nie zabrakło ciepła i przebojowości. Już promujący ją singiel "Baby" z legendarną Betty Wright to hit porównywalny z największym jak dotąd przebojem Stone "Wish I Didn’t Miss You". Inteligentny, poruszający duszę i serce tekst został zaśpiewany po prostu bezbłędnie.

Zadatki na podbicie list przebojów ma też niezwykle pozytywny "My People" opisujący los Afroamerykanów, ale w sposób daleki od sztampy i radykalizmu znanych z hiphopowych przebojów wielu zakompleksionych gwiazdorów.

Równie mocnym atutem płyty oprócz tekstów i śpiewu Angie jest warstwa muzyczna. Zamiast mocarzy popu pokroju Timbalanda, The Neptunes czy Jermaine’a Dupri artystka razem z grupą zaprzyjaźnionych producentów i muzyków sesyjnych zamknęła się w studiu Marvina Gaye’a, gdzie wspólnie stworzyli dzieło bogate w rytmy soul i R&B, z domieszką stylowego funky i bluesa. Choć to płyta stworzona jak najbardziej dla masowego odbiorcy, to bez problemu powinna trafić też do tych, którzy oczekują od muzyki prawdziwej pasji i ducha, a nie perfekcyjnie skrojonego marketingowo produktu. Rzadka to cecha we współczesnej muzyce, tym bardziej godna pochwały i podkreślenia.

I właśnie ten doskonały materiał z płyty "The Art Of Love & War" usłyszymy w sobotę podczas koncertu Angie Stone w Sali Kongresowej. Jak się okazuje, zapotrzebowanie na takie prawdziwe soulowe brzmienia jest ogromne, o czym świadczyły tłumy na koncertach Zap Mama i Erykah Badu półtora roku temu. Niestety, biletów na sobotni występ Angie Stone niestety nie ma już od dłuższego czasu, ale przy artystce tej klasy chyba to nie powinno dziwić.