3 lutego w przerwie finału rozgrywek Superbowl 2008 o „Thrillerze” przypomniało sobie 95 milionów Amerykanów. Za oceanem to główne wydarzenie sportowe roku, najdroższy czas reklamowy. Wówczas właśnie zaprezentowano reklamę nowego napoju Pepsi, w której supermodelka Naomi Campbell tańczy przy dźwiękach z płyty Michaela Jacksona. Czy można sobie wyobrazić celniejszą syntezę współczesnej amerykańskiej popkultury?

Płyta stworzona przez producenta Quincy Jonesa i Jacksona jest jej nieodłączną częścią, jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli. To od niej zaczęła się światowa ekspansja czarnego popu. Bez "Thrillera" nie byłoby zapewne ani sukcesu Prince’a, ani późniejszego hiphopowego boomu. - Zawsze, gdy wchodzę na scenę, za każdym razem, gdy piszę nowy utwór, kiedykolwiek rapuję - myślę o Michaelu Jacksonie. Michael Jackson to synonim tego, co najwspanialsze w muzyce - mówi z pokorą gwiazda hiphopu Kanye West. I z innymi współczesnymi gigantami czarnej sceny - Willem I Am oraz Akonem składa hołd nieco podupadłemu królowi popu. Nową edycję albumu wzbogacono o przygotowane przez nich interpretacje klasycznych kawałków Jacko.

Mimo to trudno nie zastanawiać się, czy ma sens reedycja krążka, który kupiło już ponad 100 mln osób. "Thriller” to najlepiej sprzedający się album w historii muzyki. Każdego roku znajduje blisko 150 tys. nowych nabywców. Szefowie Sony BMG zdają sobie jednak sprawę, że jubileusz 25-lecia dzieła to niepowtarzalna okazja, by przygotować grunt pod prezentację nowych nagrań i triumfalny powrót zdziwaczałego gwiazdora. Geniuszu "Thrillera” nie podważają bowiem nawet najwięksi wrogowie piosenkarza.

>>> Kliknij, aby kupić tę płytę w cenie 54,00 PLN. <<<

Kiedy na początku lat 90. Jackson śpiewał "Nie ma różnicy, czy jesteś biały, czy czarny”, w Los Angeles po pobiciu Rodneya Kinga płonęły przedmieścia. Ale Michael powtórzył motto, dzięki któremu dekadę wcześniej stał się Królem. Wtedy już było wiadomo, że kluczem do sukcesu jest odpowiedź na pytanie: jak sprzedać czarne brzmienia także białej publiczności? 30 listopada 1982 roku w dniu premiery "Thrillera” nikt jednak nie miał pewności, czy dzieło Jonesa i Jacko jest właściwym rozwiązaniem tej zagadki.

Kluczowa dla powodzenia projektu okazała się rola Jonesa – producenta doświadczonego, ale bez olśniewających sukcesów na rynku pop. Zanim rozpoczął współpracę z Jacksonem, kojarzony był jako specjalista od muzyki filmowej i przede wszystkim partner niezwykłej pary Frank Sinatra – Count Basie. Znał więc doskonale gusta zarówno białej, jak i czarnej publiczności. Zaufanie szefów CBS i Michaela zdobył albumem "Off The Wall” z 1979 roku, po raz pierwszy prezentując młodego piosenkarza jako dojrzałego artystę, niezależnego od grupy Jacksons 5. Już wówczas wytwórnia postawiła przed nim ambitne zadanie pogodzenia gustów miłośników starego brzmienia Motown, zwolenników disco i fanów nowoczesnego funku.

Choć płyta sprzedała się świetnie (do dziś w ponad 20 mln sztuk) Jones nie był do końca zadowolony z efektu. Do pracy nad "Thrillerem” postanowił zatrudnić więc białych gości - zespół Toto i wielkie gwiazdy - Paula McCartneya i Eddiego Van Halena. Ten ostatni był tak zaskoczony pomysłem, że za swój udział w nagraniu "Beat It” nie wziął podobno ani centa. Jego gitarowa solówka i mocne riffy Steve’a Lukathera z Toto sprawiły jednak, że po raz pierwszy po album czarnego artysty sięgnęli fani hard rocka. A "Beat It” dało początek serii ważnych muzycznych mezaliansów. Trzy lata później Run DMC nagrali z Aerosmith nową wersję "Walk This Way” i masowa publika w końcu zainteresowała się hip-hopem.

Długoletnią popularność "Thrillera” tłumaczą jednak nie tylko goście i międzygatunkowe wycieczki. Nie przypadkiem "nowym Elvisem” okrzyknięto Jacksona. W porównaniu z innymi wielkimi gwiazdami tamtej dekady - Madonną i Prince’em, Michael wydawał się najbardziej schludny, bezpłciowy, akceptowalny. Z czasem okazał się nawiększym freakiem z całego grona, ale za czasów Reagana mógł stanowić wzór dobrego wychowania. Większość pamiętała go jeszcze jako urocze dziecko z Jacksons 5. Sympatyczny Murzynek prowadzał się z nobliwymi diwami: Dianą Ross i Elizabeth Taylor, był jak Piotruś Pan: niemal bezcielesny i zawsze miły.

Czarna duma miejskiego soul, macho szowinizm funku, hedonistyczne ekscesy disco poszły w niepamięć. Jackson przybył z odrealnionego świata pop i podobne tematy zdawały się go nie dotyczyć. Nawet "groźny” tytuł albumu i "wampiryczne” wideo do "Thrillera” potraktowano jak fantazje dorastającego chłopca. Podobnie jak gangsterski klip do "Beat It” – pożytkujący scenariusz oswojony wcześniej przez „West Side Story”. Także Quincy Jones zadbał o to, by "Thriller” - choć nagrany z rockowym pazurem - zabrzmiał czysto i schludnie. Paradoksalnie, niemały wpływ na jego pracę wywarł biały soul takich zespołów, jak Hall And Oates czy brytyjskie ABC i Human League. Podobnie jak Anglicy Jones wykorzystał idiom czarnej muzyki do stworzenia czysto rozrywkowej formy. "Thriller” jest bowiem imitacją soulu, płytą o niczym, zbiorem efektownych studyjnych zagrywek. Nawet głos Michaela wyzbyty jest osobowości - funkcjonuje po prostu jako jedno z fajnych brzmień w produkcyjnej maszynie Jonesa. Brakuje tu zarówno duchowej głębi, jak i zmysłowej gorączki soulowych klasyków. To po prostu celebracja doskonałej formy - perfekcyjny popowy produkt.

Szefowie wytwórni CBS mocno wierzyli w siłę tych nagrań, a "Thriller” otrzymał bezprecedensowe jak na tamte czasy wsparcie. I nie chodzi tylko o 800 tys. dolarów wydane na efektowny teledysk do tytułowego kawałka. Najważniejsze, że decydenci CBS dostrzegli potencjał promocyjny rozwijającego się dopiero MTV. Grożąc wycofaniem z emisji wszystkich klipów z własnego katalogu zmusili stację do promowania piosenek Jacksona. MTV grała wówczas jedynie białych wykonawców, uległa jednak szantażowi i "Billie Jean” był pierwszym teledyskiem ciemnoskórego wykonawcy, który zagościł na jej antenie. Jego sukces ośmielił zaś decydentów stacji telewizyjnych i radiowych do prezentacji innych artystów r’n’b, a później hiphopowych. "Billie Jean” przyczynił się do detronizacji białych gwiazd synth-popu, choć - co zabawne - jego twórcą był Steve Barron, wcześniej autor filmiku do wielkiego przeboju Human League "Don’t You Want Me”. Dzięki Jacksonowi "czarna” muzyka po latach przerwy powróciła do mediów komercyjnych. Tym samym artysta, który - kokietując białą publikę - korzenny soul zamienił w konfekcję, paradoksalnie stał się jedną z ikoną "black pride”.

Sukces "Thrillera”, choć w dużej mierze wykalkulowany, był jednak jak najbardziej zasłużony. Po latach płyta broni się bowiem świetnie, a produkcje sprzed ćwierć wieku brzmią ciekawiej niż nowe wersje Willa I Am czy Kanye. Oglądając zdjęcia ma okładce, trudno nie zatęsknić za dawnym Michaelem z sielskich czasów sprzed operacji plastycznych i paranoicznych fobii. Dziś wiemy, że ta sielanka to fikcja – wieczne dziecko, śniady Piotruś Pan tak naprawdę nigdy nie miał dzieciństwa. "Thriller” to jednak arcydzieło popowej fikcji. I każdy, kto chce zrozumieć współczesny język kulturowego mainstreamu musi przerobić tę lekcję.

>>> Kliknij, aby kupić tę płytę w cenie 54,00 PLN. <<<