Na początku roku wiele mówiło się o nowych wokalistkach, które wypełnią dziurę na rynku powstałą po śmiertelnym wynudzeniu wyeksploatowaną stylistyką jebwabistych panien z gitarami w prostej linii wywodzących się od Norah Jones. Brytyjskie media, które jak zwykle chcą być do przodu - trąbią więc o kolejnych sensacyjnych odkryciach. Te jednak często wydają się bardziej marketingowymi wydmuszkami niż pełnowartościowymi autentykami. Typowana na tegorocznego asa Adele wydała wprawdzie dobrą płytę, ale charyzmy w niej tyle, co subtelności u posła Gosiewskiego. Jej konkurentce Estelle udaje się właśnie wbić na listy przebojów hitem "American Boy", ale kopiując Lauryn Hill, daleko raczej nie zajedzie.

Czy Duffy ma coś, czego brakuje konkurencji? Wystarczy wysłuchać któregokolwiek utworu z jej debiutanckiego albumu "Rockferry" i odpowiedź nasunie się sama: ta 23-letnia wokalistka nie jest zmanierowana ani wykreowana przez grubego bossa z wytwórni płytowej. To twórczość licealistki, która z wypiekami na twarzy odkrywa płytotekę ojca - naiwna, ale przez to bardzo szczera. Najlepiej słychać to w nostalgicznym "Rockferry", przywodzącym na myśl "Stepping Stone" Dionne Warwick i wyjętym prosto z płyt Walker Brothers "Distant Dreamer". To zarówno siła, jak i jej słabość, bo mimo nieodpartego uroku trudno oprzeć się wrażeniu, że "Rockferry" to smakowita bajaderka z nadzieniem z lat 60.

"Tak naprawdę jeszcze do niedawna zupełnie nie interesowałam się muzyką. Dorastałam na prowincji północnej Walii. Nie miałam pojęcia, kim jest Bernard Butler (gitarzysta Suede - przyp. red.), z którym nagrałam płytę, i kompletnie nie orientowałam się we współczesnych trendach. Zawsze bardziej inspirowała mnie przeszłość. Byłam zafascynowana seksualnością Micka Jaggera, a najnowsza muzyka to dla mnie wczesne piosenki Oasis" - przyznaje w wywiadach.

Co ciekawe, mimo tak daleko posuniętej ignorancji wokalistka zaskakuje dojrzałością i lekkością, z jaką wykonuje choćby hitowe "Mercy". Kiedy śpiewa o miłosnych rozterkach, ma się wrażenie, że opowiada o nich 50-letnia kobieta po czterech rozwodach.

Nie da się ukryć, że Duffy wypływa na fali wywołanej sukcesem Amy Winehouse. Jednak mimo podobieństw, twórczość Walijki daleka jest od mrocznego fatalizmu zagubionej Amy. Duffy to jej odpowiednik z jasnej strony mocy - w jej piosenkach uderza dystans do życia i show-biznesu, przeszkadza trochę brak autentyzmu. Czego by nie mówić o Winehouse, to jednak opowiada ona swoje historie.

Co innego występy na żywo. O tym, jak naturalna i kokieteryjna jest walijska artystka, przekonałem się podczas jej koncertu w Dublinie na początku marca. Duffy zagrała w niewielkim klubie The Academy i choć trwało to niespełna godzinę, nawet najbardziej sceptycznie nastawieni widzowie stali się po występie jej wyznawcami. Na scenę wyszła skromna dziewczyna, będąca połączeniem dawno niewidzianej kumpeli z podwórka z lolitką o chropowatym głosie porównywalnym z Arethą Franklin czy Dusty Springfield. Na scenie jest wyluzowana, sypie dowcipami, a gdy trzeba - potrafi zakręcić młynek mikrofonem niczym Tina Turner. No i te dołeczki w policzkach, kiedy się uśmiecha...

Duffy, Rockferry

Universal *****

Cena: 36,99 zł