Madonna nie ukrywa, że tym razem chciała przypodobać się amerykańskiej publiczności, bo jej poprzednie dwie płyty cieszyły się większą popularnością na Starym Kontynencie. "American Life" (2003) był zwyczajnie kiepski, a do tego naszpikowany antyrządowymi manifestami, które w obliczu dopiero rozpoczynającej się walki USA z terroryzmem wydawały się zupełnie nietrafione. Z kolei "Confessions On A Dancefloor" (2005) mógł podobać się za sprawą zgrabnego połączenia energii disco lat 70. i modnych klubowych brzmień, ale fanów Abby więcej mieszka jednak w Europie. "Hard Candy" miał być przeprosinowym cukierkiem dla Amerykanów, ale to wyjątkowo twarda sztuka.

Jak brzmi "Landrynka"? Wyobraźcie sobie odpadki z sesji z Nelly Furtado, Britney Spears i Justinem Timberlakiem, jakie Timbaland wygrzebał ze swojego studyjnego śmietnika, zmieszajcie to na chybił trafił ze śmieciami, jakie zostały Pharrellowi Williamsowi po nagraniach z Gwen Stefani i voila! Na tej płycie znalazło się wszystko oprócz pomysłu na choćby jedną piosenkę. Kiedy kilka miesięcy temu do internetu wyciekła wersja albumu Madonny zatytułowanego wtedy "Licorice", okazało się, że były to jedynie zarejestrowane na próbach szkice nagrań. Cóż, skończona wersja brzmi prawie tak samo.

Nic się tu nie klei. Są skandalicznie wytarte bity, sporo zimnych cyfrowych syntezatorów i gościnny udział najgorętszych gwiazd: Justina Timberlake’a i Kanye Westa. Ale wszystko wydaje się puste i chaotyczne, niczym spojrzenie Paris Hilton. Tak jak w utworze "Dance 2Night" brzmiącym jak parodia płyt Janet Jackson z końca lat 80., "Heartbeats" z podkładem, za który Timbaland powinien pozwać sam siebie za plagiat, czy tragicznym "Voices" przywodzącym na myśl egzotyczne wycieczki niegdysiejszej gwiazdy disco polo Shazzy (naprawdę jest aż tak źle). W każdym z tych pofragmentowanych potworków można wymienić zwrotkę z refrenem, a efekt pozostałby taki sam, bo nie ma tu cienia energii i napięcia, choćby tego klubowego. Jeśli już pojawia się jakaś melodia, to jest tak banalna i nijaka, że nie można jej zapamiętać nawet po zażyciu wagonu lecytyny ("Miles Away"). W tym kontekście kluczowym utworem wydaje się "Give It To Me", wyprodukowany przez Pharrella, w którym Madonna powtarza jak mantrę frazę "get stupid"...

Co gorsze, sama wokalistka osiągnęła ostatnie stadium wtórności, teraz naśladuje... swoje naśladowczynie. Posłuchajcie tylko (choć to dość perwersyjna propozycja) "Candy Shop". Naprawdę trudno się zorientować, czy to Madonna, czy może już Kylie Minogue. Z kolei w "Spanish Lesson" wokalistka łasi się do latynoskiej publiki na wzór Jennifer Lopez, a "She’s Not Me" to ukłon w stronę fanów łkającej Gwen Stefani.

Kiedy odpaliłem "Hard Candy" w redakcji, nie wzbudził on nawet szmeru zainteresowania. Po czterech kawałkach bąknąłem pod nosem, że jest bardzo słabo i wszyscy zapytali, co to za nudy. Nikt nie mógł uwierzyć, że to królowa popu we własnej osobie, że to ta sama Madonna, na której wychował się każdy z nas. Nie zdziwiło mnie to, bo Madonna nie jest tu gwiazdą - ona jest jedynie marką, popularnym logo i przeciętną wokalistką sesyjną wynajętą przez modnych producentów jako zaledwie źródło do samplowania. Nieważne, co i dlaczego śpiewa. Ważne, że pojawia się w ich produkcjach. Tym samym artystka ponownie stała się symbolem kolejnego pokolenia - tym razem tego najmłodszego - zdominowanego przerostem formy nad treścią, kulturowym recyklingiem i bylejakością. W "Voices" 50-letnia Amerykanka pyta: "Kto jest panem, a kto niewolnikiem?". Odpowiedź nasuwa się sama.

To smutne, tym bardziej że pod koniec XX wieku to ona wyszukiwała niebanalnych producentów - Mirwaisa, Williama Orbita czy Stuarta Price’a, stając się trampoliną dla ich karier i jednocześnie jedną z najodważniejszych reformatorek muzyki pop. Dziś niegdysiejsza królowa popu kurczowo trzyma się pewniaków i przypomina pracownika banku na rok przed emeryturą: żadnych ryzykownych ruchów, żadnych niespodzianek. Biorę kasę i się zwijam. Dobra informacja jest taka, że Madonna sięgnęła dna i teraz może się już tylko od niego odbić, choć dla fanów to pewnie marne pocieszenie.

Madonna

Hard Candy

Warner