Ale nie tylko śpiewakom w nowym przedstawieniu daleko do obsady w Teatrze Wielkim. Reżyser Maciej Prus, jak wcześniej Tomasz Konina, wyrwał opowieść o zakochanym sycylijskim żołnierzu z historycznego kontekstu - zamiast średniowiecznych fortyfikacji widzimy na scenie przeszklone, współczesne wnętrze z drzewkami w tle.

Scenografia nawet ciekawa, bowiem odsłania kulisy WOK i czyni jej scenę przestronniejszą niż zwykle dzięki pomysłowemu oświetleniu. Tu plusy się kończą, bo już stylizowane kostiumy wołają o pomstę do nieba: królują bliżej nieokreślone mundury, farbowany skaj i włóczka. Władca Syrakuz Argirio, szykujący się do wojny z najeźdźcami, wygląda jak zawiadowca stacji, jego córka Amenaide - jak nauczycielka na prowincjonalnej studniówce. Zaś Tankred ma na sobie wyciągnięty sweter, przywodzący skojarzenia z kolczugą.

Reżyseria spektaklu robi wrażenie równie niezgrabnej i niespójnej - Prus ograniczył się jedynie do naszkicowania podstawowych sytuacji, każąc śpiewakom grać bardzo oszczędnie i realistycznie, co w zderzeniu z ozdobnym stylem muzyki Rossiniego nie przynosi najlepszych efektów. Z przedstawienia wieje nudą, a wielu widzom trudno będzie połapać się, o co chodzi, gdyż nie zadbano o najkrótsze nawet streszczenie utworu w programie.

Jeśli zaś WOK kieruje swą produkcję do koneserów włoskiego bel canta, to srogo się przeliczyła. Stefan Sutkowski nie od dziś znany jest z tego, że jako jeden z nielicznych dyrektorów polskich oper dba o rozwój zawodowy swoich solistów. Daje im szansę wykonywania coraz bardziej odpowiedzialnych ról.

Cała premierowa obsada "Tankreda" składała się ze śpiewaków młodej generacji. Ale pierwsza dojrzała opera seria Rossiniego to bardzo trudny materiał - trzy główne partie wymagają wielkiego kunsztu i doświadczenia. W wykonaniu solistów WOK było natomiast coś szkolnego. Egzamin zdali najwyżej na czwórkę, zabrakło nauczyciela jak Alberto Zedda, wielki znawca stylu Rossiniego, który tak wspaniale przygotował muzycznie poprzedniego warszawskiego "Tankreda". Obecnie powierzono to zadanie młodemu dyrygentowi Pawłowi Kotli, ale orkiestra WOK nie grała najlepiej, nawet jak na standardy tego zespołu.

Najlepsza w obsadzie Anna Radziejewska (Tankred) śpiewała mocnym mezzosopranem, choć lepiej wypada w dziełach Bacha i Haendla. Sopran Agnieszki Kozłowskiej (Amenaide) ma ciepłą barwę, ale śpiew jest monotonny. Zaś Aleksander Kunach jako Argirio bohatersko walczył z wielkimi trudnościami tej partii, lecz w jego śpiewie brakowało subtelności. Gdzie te czasy, kiedy na scenie WOK śpiewali Adam Kruszewski, Agnieszka Kurowska, Dorota Lachowicz czy Olga Pasiecznik. Też przecież wówczas młodzi.

p



Gioacchino Rossini, "Tancredi"; kier. muz. Paweł Kotla, reż. Maciej Prus, scen. Paweł Walicki; Warszawska Opera Kameralna, premiera 6 maja.