Jest Pan w show-biznesie od ponad pół wieku. Czy bardzo się przez ten czas zmienił?

Sergio Mendes: Owszem, tak samo jak samochody, ubrania czy styl gry w piłkę nożną. Najbardziej rewolucyjny okazał się rozwój technologii studyjnej. Dziś trudno w to uwierzyć, ale pierwsze płyty nagrywałem na dwuścieżkową taśmę. Teraz komputery nie stawiają prawie żadnych ograniczeń. To bardzo usprawnia pracę, zwiększa artystyczne możliwości, ale z drugiej strony przestają się liczyć umiejętności techniczne solistów, ich wirtuozeria, która jeszcze kilkadziesiąt lat temu wydawała się warunkiem odniesienia kariery estradowej. Cieszy mnie natomiast, że wciąż pozostaje w cenie autentyczny, koncertowy show. Jeśli przyjrzymy się gwiazdom, które pojawiły się w ciągu ostatniej dekady, okaże się, że w biznesie pozostały tylko prawdziwe sceniczne osobowości. Właśnie za to cenię najbardziej Will I.Am.’a i całe Black Eyed Peas.

Powraca pan na szczyty list przebojów dzięki współpracy z gwiazdami hip-hopu. W latach 70. zasłynął pan nagraniami z mistrzami soulu, a dwie dekady wcześniej - jazzu. Co łączy tradycje brazylijską i afroamerykańską?

Oczywiście korzenie. Większość współczesnej muzyki rozrywkowej wyrasta z pieśni i tańców czarnoskórych niewolników przywiezionych przed wiekami do obu Ameryk. Rdzenne afrykańskie rytmy przetrwały - nic nie tracąc ze swej siły - w sambie, jazzie czy rythm’n’bluesie. Znakomitym przykładem jest aranżacja "Aquas de Marco" Jobima, jaką stworzyłem na swoją najnowszą płytę dla zaproszonej Zap Mamy. Choć wykorzystałem w niej oryginalne rytmy oraz instrumenty perkusyjne rodem z Czarnego Lądu, nie wyróżnia się ona szczególnie na tle reszty albumu, zdominowanego przez wpływy samby oraz hip-hopu.

Afrykańskie rytmy przetrwały też w hip-hopie?

Zdecydowanie tak. Zresztą sambę i hip-hop łączy więcej, niż można przypuszczać, to w gruncie rzeczy dwa spokrewnione ze sobą, lokalne style współczesnego, miejskiego folkloru. Tyle tylko, że ten drugi cieszy się dziś olbrzymią popularnością. Dlatego wykorzystuje hip-hop do przypomnienia młodym ludziom fantastycznych melodii oraz wysmakowanych harmonii, z których od dekad słynie muzyka brazylijska.

Jednak hip-hop kojarzy się dziś raczej z kulturową globalizacją i unifikacją niż z autentycznym folklorem amerykańskich gett…

Jestem wielkim fanem globalizacji, choć nie zgodzę się, iż oznacza ona unifikację. Wystarczy posłuchać artystów hiphopowych z różnych zakątków świata, by przekonać się, jak głęboko zakorzenieni są w lokalnych tradycjach oraz w melodyce własnych języków. Muzyka Marcelo D2, z którym współpracowałem na poprzednie płycie, jest na wskroś brazylijska i nie sposób jej pomylić z produkcjami amerykańskimi czy europejskimi. Zbawienny wpływ globalizacji na popkulturę lubię porównywać do zmian dokonujących się w futbolu, na punkcie którego mam fioła. Współczesnej piłki nożnej nie tworzą już drużyny narodowe, lecz kluby, w których spotykają się genialni sportowcy z całego świata. Razem tworzą unikalny styl. Na "Encanto" udało mi się powołać do życia prawdziwy międzynarodowy dream-team.

Skoro globalizacja nie zabija lokalnych tradycji, to czy młodzi Brazylijczycy wciąż słuchają samby i bossa novy?

Oczywiście! To pokolenie pragnie przede wszystkim tańca, zabawy, a nic nie nadaje się do niej lepiej niż nasze brazylijskie rytmy. Tyle tylko że podrasowane elektronicznymi brzmieniami i beatami. Taka samba króluje teraz na parkietach Rio de Janeiro.