Pana muzyka to jeszcze jazz?

Jan Garbarek: Kwestia definicji. Ale dla mnie istota jazzu zawiera się w jego ludowych korzeniach oraz improwizacji jako głównym środku ekspresji oraz motorze stylistycznego i duchowego rozwoju. Właśnie to zachwyciło mnie, gdy w wieku 14 lat po raz pierwszy usłyszałem w radio utwór Johna Coltrane’a. I tak naprawdę te właśnie wartości kształtują po dziś dzień moją własną muzykę. Nie jestem jednak czarnym Amerykaninem, tylko Norwegiem, więc naturalny punkt odniesienia stanowi dla mnie- zamiast bluesa- folklor skandynawski. Oczywiście wielbiciele stylistycznych szufladek zapytają, skąd w takim razie współpraca z Hilliard Ensemble czy artystami azjatyckimi. To po prostu inspirujące doświadczenia, więc nie mam zamiaru z nich zrezygnować tylko po to, by zaspokoić czyjeś wyobrażenia na temat jazzu. Tym bardziej że przecież rozwoju muzyki nie napędzają konwencje stylistyczne, lecz niezależne, poszukujące osobowości. Równie dobrze można więc przyjąć, że to, co nazywamy jazzem, skończyło się w latach 70.

W latach 70. nastąpił przełom. Na tle krzykliwej awangardy jazzowej i klasycznej pojawiła się także twórczość Góreckiego, Pärta czy Kanczellego, z którymi łączy pana umiłowanie do ciszy, pastelowych barw oraz medytacyjnej aury. Czy o tym przewartościowaniu zadecydowała historia, polityka, a może geografia i krajobraz?

Bardzo wielu ludzi doszukuje się w mojej muzyce odzwierciedlenia surowego skandynawskiego krajobrazu. To bardzo użyteczna metafora, ale nie sądzę, by wakacje, które jako dziecko spędzałem w górskim domku dziadków, mogły znacząco wpłynąć na mój sposób gry. Przecież to absurd! Z kolei fenomen Pärta i Kanczellego łączy się często z głodem tradycyjnej duchowości w krajach przynależących wówczas do bloku wschodniego. Ale w jaki sposób miałoby to wpłynąć na muzyków skandynawskich? Generalnie jestem wrogiem tego typu uogólnień i głęboko wierzę, że historię, a w szczególności sztukę, kształtują silne, niezależne osobowości, zdolne wywrzeć wpływ na kolejne pokolenia. I tak minimalizm Pärta i Kanczellego zainspirował całe rzesze innych kompozytorów, a mnie przypisuje się czasem rolę ojca chrzestnego nu jazzu. Trudno też przecenić znaczenie Manfreda Eichera, założyciela wytwórni ECM, w której nie przez przypadek spotkali się wymienieni przez pana artyści. To on wykreował specyficzne, eteryczne brzmienie mojej muzyki. A może raczej sprawił, że zabrzmiała dokładnie tak, jak chciałem. Nie można w związku z tym zignorować roli technologii: większość moich albumów zwyczajnie nie mogłaby zostać nagrana jeszcze w latach 60.

Mówi pan o technologii nagrywania, tymczasem wielu słuchaczy ceni twórczość Jana Garbarka za jej warstwę duchową…

Wydaje mi się, że każda istotna muzyka stanowi głębokie duchowe doświadczenie zarówno dla jej twórców, jak i odbiorców. Przecież nie ma bardziej "religijnej" muzyki, niż twórczość Coltrane’a z lat 60., choć jej brzmienie wyjątkowo mało wspólnego ma z moimi improwizacjami albo kompozycjami Arvo Pärta. Gdy 40 lat temu poszukiwałem własnego stylu, nie myślałem tak naprawdę o przekazie, lecz o kwestiach czysto technicznych i estetycznych. W tym sensie największy wpływ wywarły na mnie ówczesne, agresywnie brzmiące albumy Milesa Davisa. On był mistrzem gry ciszą, pojedynczymi brzmieniami, napięciem, jakie tworzy się pomiędzy poszczególnymi dźwiękami. Ten ideał próbowałem oddać we własnej muzyce i mam nadzieję, że mi się to udało.

A skąd się bierze pana skłonność do artystów z kregów muzyki sakralnej- czy to europejskiej (Hilliard Ensemble), czy indyjskiej (Zakir Hussain, Ustad Fateh Ali Khan)?

Moje nagrania z Hilliard Ensemble nie wynikały z żadnych pozamuzycznych pobudek. Szczerze mówiąc, przyjąłem propozycję udziału w tym projekcie, choć do końca nie miałem pewności, że połączenie brzmienia chorału gregoriańskiego z moimi solowymi improwizacjami przyniesie ciekawy efekt. Przekonałem się dopiero, gdy usłyszałem nagranie z sesji. Co do muzyków z Indii… Nie jestem jedynym zachodnim improwizatorem, którego zafascynowała ich sztuka. Wcześniej byli przecież chociażby John Coltrane czy Don Cherry. Myślę, że wynika to podobnego ducha i energii tych pozornie odległych tradycji. Gdy w 1962 roku po raz pierwszy usłyszałem sitarzystę Raviego Shankara — wystąpił wtedy w Oslo — wiedziałem już, że artyści ze Wschodu odegrają ważną rolę w moim rozwoju. W jego grze było tak wiele prawdziwie jazzowego ducha i swingu. Ostatecznie jednak liczą się nie style i tradycje, ale sami ludzie. Współpracuję po prostu z artystami, z którymi odnajduję najlepsze — muzyczne i czysto ludzkie — porozumienie. Nie pytami nikogo o paszport czy definicję jazzu. Podobnie postępuję zresztą jako słuchacz. Ciekawe, czy którykolwiek z moich fanów podejrzewałby mnie o fascynację muzyką Dolly Parton? A ostatnio po prostu zasłuchuję się jej piosenkami.

A lubi pan piosenki swojej córki Anji Garbarek? To zupełnie inne, naznaczone techno i podszyte neurozą brzmienie…

Uwielbiam muzykę mojej córki. Zresztą wciąż chętnie korzysta z moich rad- proszę ją o to zapytać. Przewrotny liryzm piosenek Anji jest wbrew pozorom bardzo bliski mojej wrażliwości. To najlepszy dowód, że nie liczą się konkretne dźwięki i style, lecz duchowa głębia muzyki oraz jej twórcy.

Gdzie nauczył się pan takiej otwartości?

Myślę, że to kwestia dojrzałości. A może też aury outsidera, która towarzyszyła mi niemal od narodzin. Przecież przyszedłem na świat jako syn polskiego emigranta w obozie dla przesiedleńców tuż po II wojnie światowej. I w pewnym sensie już zawsze czułem się przesiedleńcem.