– Nikt poza nami nie robił w muzyce niczego autentycznego – kwitował Reed fenomen swej grupy The Velvet Undergorund. Formacja, której pierwszym menadżerem i producentem był Andy Warhol, zapisała się jako przełomowi twórcy nowej fali rocka. O ich sławnym, docenionym dopiero po latach, debiucie „Velvet Underground & Nico” z 1967 roku napisano, że wraz z nim rock tracił niewinność.

Autentyzm oznaczał dla Reeda uwolnienie bezkompromisowego hałasu i podjęcie tematów tabu z narkotykowym nałogiem i sadomasochistycznymi perwersjami na czele. „Jestem radio Brooklyn” – krzyczał podczas koncertów, a jego piosenki stały się sugestywnym skowytem z serca wielkomiejskiej dżungli. Gdy spytano go wprost, dlaczego bierze narkotyki, odparł: „W XX wieku, w technologicznej erze, żyjąc w mieście, potrzebuję narkotyków nie po to, by dostać kopa, ale żeby poczuć się normalnie”. O songu „Heroin” powiedział, iż miał egzorcyzmować jego autodestrukcyjne tendencje. Z kolei John Cale, współtwórca The Velvet Underground, twierdził, iż najlepsze piosenki jego przyjaciela powstały w akcie wrogości wobec rodziców. Skąd zatem wziął się Lou Reed?

Poeta Nowego Jorku

To jeden z tych twardych Żydów, którzy chcąc się odnaleźć w amerykańskich realiach, jęli podpatrywać Murzynów. Tacy byli Mezz Mezzrow, Norman Mailer, Lenny Bruce. Wszyscy oni wraz z Reedem zaczęli przejmować taktyki ulicy i jazzowy styl. – Chcę być czarny, mieć naturalny rytm i pieprzyć Żydów. Nie chcę więcej być pieprzonym studentem z klasy średniej – śpiewał Lou na płycie „Street Hassle”. Urodził się w 1942 roku w rodzinie księgowego, który zmienił nazwisko Rabinowitz na Reed. Dorastał na sennych przedmieściach jednego z miast Long Island. Gdy rodzice stwierdzili, iż syn zdradza homoseksualne skłonności, wysłali go do szpitala psychiatrycznego, gdzie zaaplikowano mu elektrowstrząsy. Lou rzucił się we wszystko, czego mu zakazywali. Został wokalistą i gitarzystą rhythm&bluesowych zespołów, tworzył piosenki i przez chwilę studiował kreatywne pisanie.

Gdy w 1970 roku rozpadł się The Velvet Undergorund, Reed został bez grosza, ale wśród jego niewielu fanów znajdowały się wpływowe postacie. Choćby David Bowie, który w 1972 roku wyprodukował płytę „Transformer” z przebojem „Walking On The Wide Side”. Przez kilka kolejnych lat lansowano Reeda jako campowego androgyna, a on chętnie bawił się prowokacyjnym wcieleniem. Do legendy przeszły jego homoseksualne pozy odgrywane w klubach bohemy w towarzystwie Iggy Popa i Micka Jaggera. Dopiero pod koniec lat 70. wrócił do formy. Okrzyknięty ojcem punk rocka wprawdzie z rezerwą odnosił się do zjawiska, ale też serwował wściekłe i mroczne piosenki na miarę nowych czasów.

W dyskografii Reeda przeplatają się upadki i wzloty. Fani i krytycy potrafią spierać się o to samo nagranie – do której kategorii je zaliczyć. Wszyscy są zgodni, że prosty rock&rollowy album „New York” z 1989 roku to jedno z najważniejszych jego dzieł. Przede wszystkim za sprawą celnych obserwacji ciemnych stron życia metropolii. Od tamtej pory facet, który przez dwie dekady robił za dyżurnego ćpuna i wariata, zaczął być postrzegany jako poeta Nowego Jorku. Dziś ma na koncie dwa opasłe tomy ze swymi tekstami i piosenki do dwóch spektakli słynnego reżysera Roberta Wilsona. Występował też w kilku filmach, grając przeważnie samego siebie, jak w „Brooklyn Boogie”. A ostatnio zajął się fotografią i opublikował dwa albumy zdjęć. Przecież od przeszło 10 lat dziewczyną Reeda jest Laurie Anderson, artystka będąca symbolem multimedialnej sztuki Nowego Jorku.

Grałem dla aury papieża

W nowym wieku nowojorczyk zyskał status szacownej instytucji. Zaczęło się od tego, że gdy w 1998 roku Bill Clinton gościł Vaclava Havla, Reed, ulubieniec czeskiego prezydenta, został zaproszony na koncert do Białego Domu. Nie zagrał wprawdzie „Heroin”, ani „Venus In Furs”, ale za to „Dirty Blvd.” – opowieść o życiu bezdomnych Nowego Jorku. Jeszcze bardziej zaskakujący był występ w Rzymie w 2000 roku podczas koncertu dedykowanemu Janowi Pawłowi II. Gitarzysta pytany o to wydarzenie odpowiadał: – Papież obecny był tylko na początku koncertu, a my wystąpiliśmy późno w nocy. Nie graliśmy dla papieża, tylko dla jego aury.

Przewrotne puenty, którymi zwodzi dziennikarzy, to wszystko, co pozostało z dawnej arogancji rockmana. Ostatnie albumy Reeda też są inne niż dawniej. „Hudson River Wind Meditations” z 2007 roku przyniósł nastrojowy ambient napisany jako akompaniament do medytacji i ćwiczeń tai-chi, które uprawia w ramach zdrowego stylu życia. Tegoroczny „Stone” jest improwizacją z udziałem Johna Zorna i Laurie Anderson. Tymczasem świat wraca do dawnych nagrań Reeda.

Najbardziej niesławny album Reeda to „Metal Machine Music” z 1975 roku. Porcja żrącego hałasu gitarowych sprzężeń, kiedyś uznana za niesmaczny żart, teraz zaaranżowana przez kameralistyczną orkiestrę Zeitkratzer zyskała akademickie namaszczenie. W ubiegłym roku malarz i reżyser Julian Schnabel nakręcił koncerty artysty i skomponował z nich film „Lou Reed's Berlin” oparty na motywach albumu „Berlin” z 1973 roku. Tę opowieść o zakończonej samobójstwem miłości narkomanów w chwili premiery okrzyknięto najbardziej depresyjną płytą wszech czasów. Dziś Reed koncertuje z tym programem w asyście 30-osobowej grupy i jest to najbardziej udane tournee w karierze artysty.

Dawny perwersyjny nihilista stał się ulubieńcem publiczności? Czy nie brzmi to jak bajka? Reed, który pozostaje realistą, i na tę okazję ma ciętą puentę. Wiosną obiegła świat jego wypowiedź z konferencji na teksańskim festiwalu South by Southwest, gdzie pokazywano „Lou Reed's Berlin”. Pytany o doświadczenia stojące za jego drastycznymi tekstami Lou odparł: – Mam licencjat z narkotyków, ale doktorat z duszy.