Kilka tygodni temu występowaliście na legendarnym festiwalu w Newport. Czym dla zespołu reprezentującego nurt neofolk jest takie wydarzenie?

Joey Burns: To wręcz symboliczny moment. Festiwal w Newport odbywa się nieprzerwanie od 50 lat, tam miał miejsce chociażby legendarny występ Boba Dylana, który zrewolucjonizował amerykański folk, po raz pierwszy występując z elektrycznym składem. My zostaliśmy zaproszeni przez nowego organizatora, który zamierza odświeżyć trochę formułę tego wydarzenia, bo jego ranga w ostatnich latach zmalała. A przecież w muzyce folkowej panuje ogromny ruch i cieszę się, że jako jedni z pierwszych mogliśmy to pokazać tej dosyć konserwatywnej publiczności. Wypadliśmy nieźle, chociaż byłem rozczarowany miejscem, bo to zwyczajne letnisko.

Wspomniałeś Boba Dylana. Jak przyjąłeś zaproszenie do wzięcia udziału w nagrywaniu płyty „I’m Not There”, towarzyszącej filmowi biograficznemu o nim?

Jako zaszczyt, zawsze byłem jego fanem. Podobno sam Dylan wyszedł z pomysłem, żeby młodsi muzycy wykonali jego utwory i akceptował ostateczną wersję płyty. Dla mnie jej największą wartością jest to, że znalazły się na niej nie tylko przeboje, ale również utwory mniej znane. My zagraliśmy „Goin’ to Acapulco” z legendarnych sesji „Basemant Tapes”. Moim zdaniem to najciekawszy okres jego twórczości, przez kilka tygodni pisał dzień w dzień nowe piosenki w bardzo różnych stylach i spontanicznie je nagrywał. W naszej muzyce też jest coś z tego ducha.

Dostrzegasz podobieństwa między tym, co uważa się za muzykę ludową w USA i w Europie?

Trudno porównywać ballady Boba Dylana z muzyką cygańską czy hiszpańskim fado. Ale im więcej podróżuję po świecie, rozmawiam z ludźmi, kupuję płyt, tym bardziej dostrzegam podobieństwa między ludowymi tradycjami różnych kultur. Wszystkie style łączy pewien smutek, melancholia i szczerość przekazu. Dla mnie prawdziwym objawieniem był film „Latcho Drom” Tony’ego Gatlifa, który pokazuje, jak przez wieki muzyka cygańska przemierzała świat wraz z tymi, którzy ją grali. Dlatego uważam, że muzyka folkowa jest jedna, tylko ma wiele nazw. Widać to również po wielu nowych zespołach amerykańskich, które z łatwością łączą ze sobą różne nurty.

Od początku działalności uprawiacie muzykę z pogranicza Ameryki i Meksyku. Czemu jednak na przedostatnim albumie „Garden Ruin” nawiązaliście do takiego prostszego grania w stylu Dylana?

Wiesz, to nie jest do końca tak, że my dokonaliśmy jakiejś wielkiej wolty. Gdyby tak wziąć nasze utwory z wcześniejszych płyt i wykonać je bez tych wszystkich aranżacji z sekcją dętą, skrzypcami, akordeonem, mandoliną, to okaże się, że są to zwyczajne folkowe piosenki, na jakich się wychowywaliśmy. To był trochę taki powrót do korzeni i pokazanie nieco innej twarzy zespołu, której może wielu naszych słuchaczy nie zna. Chodziło nam też o to, żeby trochę uprościć formę i zwrócić uwagę na treść, która tym razem miała być komentarzem do sytuacji politycznej w kraju. Nie wszystkim to się spodobało, ale też trafiliśmy do nieco innej publiczności.

Tymczasem na „Carried to Dust” powracacie do swojego tradycyjnego brzmienia, a wasze inspiracje tym razem sięgają chyba nawet nieco głębiej do tradycji Ameryki Południowej?

Zgadza się. Płyta powstała po wizycie w Chile i Argentynie, do której przekonali nas znajomi z Gotan Project. To była niezwykła podróż, która stała się główną inspiracją do nagrania albumu. Widzieliśmy straszną biedę i martwe miasteczka takie jak Valparaíso, ludzie opowiadali nam o problemach i wspominali czasy Pinocheta. Poznaliśmy też historię Víctora Jary, nowatorskiego reżysera i politycznego aktywisty, który walczył o prawa człowieka. O tym też opowiadają poszczególne utwory takie jak „Victor Jara’s Hands” czy „House of Valparaíso”. Jak zwykle ułożyliśmy je w formie długiej opowieści wzbogaconej elementami folkloru i nagrań terenowych.

Czy na tej płycie można również doszukać się jakiegoś komentarza do obecnej sytuacji w Stanach?

Jest taki utwór „Writer’s Minor Holiday”, który jest historią scenarzysty z Hollywood. W czasie niedawnego strajku z braku pracy postanowił on wyruszyć w podróż na południe Ameryki. Wokół jego przygód miała również zostać zbudowana cała fabuła płyty, jednak z tego zrezygnowaliśmy. Ostatecznie bohaterami staliśmy się my sami (śmiech). Pojawiają się głosy, że już tę podróż do Chile i Argentyny można odczytać jako swego rodzaju manifest polityczny. Ale ja nie szedłbym aż tak daleko. Nasze poglądy zawarliśmy na przedostatnim albumie, a teraz kiedy chcemy zaangażować się w politykę, to bierzemy udział w koncercie „Go Vote 2008”, który ma zachęcać młodych do głosowania.