Marcin Staniszewski: Przy okazji premiery każdego albumu pozujecie do zdjęć w damskiej garderobie. To jakiś manifest, czy zwyczajnie lubicie paradować w kieckach po scenie?
Oscar Simmonson: Nie, po prostu jesteśmy zmęczeni powszechnie obowiązującym i nudnym wizerunkiem muzyków jako machoherosów, kokietujących seksownym spojrzeniem z okładek większości płyt. To śmieszne. Chcieliśmy złamać tę konwencję, tak jak staramy się przełamywać muzyczne stereotypy. To taki mały manifest głoszący: "Nie wszystko jest takie, na jakie początkowo wygląda". Poza tym z reguły dobieramy ubiory z naszego ulubionego okresu, czyli z początku XX wieku. One po prostu doskonale pasują do naszej muzyki.

Wasza muzyka w ogóle jest chyba bardziej kobieca niż męska?
Myślę że tak. Skupiamy się zawsze na ulotnych brzmieniach. Raczej nie epatujemy wulgarnymi konstrukcjami, tylko koncentrujemy się na emocjach. Jeśli to właśnie oznacza kobiece brzmienie, to wszystko się zgadza.

Zauważyłem, że kiedy w wywiadach ktoś określi waszą muzykę mianem "retro", oburzacie się. Co w tym złego?
Oczywiście nasza muzyka czerpie garściami z muzyki rozrywkowej, która królowała w pierwszej połowie XX w. - z big bandów i ze swingu, ale w gruncie rzeczy jest nowoczesna. Takiej muzyki nie moglibyśmy produkować jeszcze 15 lat temu, dopiero teraz mamy narzędzia pozwalające na tak głęboką i łatwą ingerencję w dźwięk, która jest podstawą naszych nagrań. Przecież nasze utwory składają się z tysięcy małych elementów - sampli, fraz, melodii układanych, w całość na komputerze. Dlatego uważam, że określenie "retro" zupełnie do nas nie pasuje.

Nagrywacie dość rzadko, średnio jeden album w ciągu pięciu lat. Nie boicie się, że w ciągle zmieniającym się biznesie muzycznym wypadniecie z obiegu?
Słowo "biznes" jest nam zupełnie obce, podobnie jak tradycyjny model kariery zespołu. Najpierw tkwisz przez rok lub dwa w komponowaniu i nagrywaniu materiału, przez kolejny rok albo i więcej promujesz go na koncertach i przesiąkasz nim doszczętnie. Potrzebujemy przerw, żeby się zresetować. Teraz właśnie jesteśmy świeżo po tym ostatnim etapie i zabieramy się za nowe kawałki. Wynajęliśmy niewielki dom i regularnie komponujemy. Jeśli wszystko pójdzie gładko, nowy materiał powinien pojawić się w sklepach już w przyszłym roku.

Często szufladkuje się was jako zespół nujazzowy, ale ten nurt dziś zjada swój ogon. Jak udaje się wam utrzymać świeżość?
Nigdy nie uważaliśmy się za zespół nujazzowy, bo zaczynaliśmy tworzyć muzykę, jeszcze zanim wykrystalizowało się to pojęcie. Nie mamy konkretnej recepty czy miejsca, od którego zaczynamy komponować. Zwyczajnie szukamy elementu, który może nas zainspirować, a potem budujemy na nim resztę.

Jesteście też poważanymi remikserami. Jakieś plany w tym zakresie?
Nigdy! Po wydaniu albumu z remiksami materiału z "Waltz for Koop" zgłosiło się do nas tylu artystów, że przez rok nie robiliśmy nic poza remiksami. Kosztowało to nas tyle pracy, wyrzeczeń i skrajnych emocji, że nie sądzę, żebyśmy mieli ochotę zrobić jakikolwiek remiks w najbliższym czasie.

Szwedzcy artyści, którymi zachwyca się cały świat, mają wspólną cechę - w muzyce Jose Gonzalesa, The Knife, Kleerup i również w waszej twórczości, mimo różnic gatunkowych występuje ten sam rodzaj melancholii. Za czym tęsknią Szwedzi?
Cóż, chyba masz rację. Ja też wyczuwam pewien trudny do opisania rodzaj wrażliwości, jaki nas łączy. Myślę, że to ma związek z poszukiwaniem miłości, jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi. Widzisz, Szwedzi to dość zamożny naród i raczej nie możemy narzekać na komfort życia, ale nieszczęśliwych osób jest tu tyle samo, ile w innych miejscach Europy. A my staramy się szukać tego szczęścia, którego nie znajdziesz w ciągłej pogodni za wygodą. Zresztą bardzo podobną melancholię słyszę w muzyce z waszego regionu - choć nie wiem, czy wyrasta ona na tym samym podłożu.

Wasza muzyka chwilami brzmi bardzo bogato, wręcz orkiestrowo. Jak radzicie sobie z tym na scenie?
Nie bawimy się w duże składy, bo zwyczajnie zbyt wiele to kosztuje. Na koncercie w Polsce wystąpimy w klasycznym składzie z bębnami i basem poszerzonymi o wibrafon, marimbę, puzon i genialną śpiewaczkę Hilde Louise nazywaną w naszych stronach "norweską Marilyn Monroe". Będziemy grać głównie numery z ostatniego albumu "Koop Island", ale pojawi się też kilka nowych rzeczy, m.in. utwór "Strange Love", który do tej pory wydany był tylko w USA.

Koop,
Free Form Festival,
17.10, Fabryka Trzciny, Warszawa