Jacek Skolimowski: Przyjeżdżasz do Polski z nowym triem - na kontrabasie Henry Grimes i na perkusji Chad Taylor. Nawiązałeś z nim współpracę przy albumie "Spiritual Unity" z utworami Alberta Aylera…
Marc Ribot: Dla mnie Ayler zawsze był ważny - poznałem jego muzykę jeszcze w połowie lat 80., a jego utwory wykonywałem jeszcze z moim składem z okresu albumu "Shrek" oraz solo na "Saints". Jego przypadek jest o tyle ciekawy, że dla niego ważniejszy był sam proces twórczy niż jego efekt. Dlatego wszystkie nagrania traktował jako artefakt, dokumentację rytuału w studiu. Oprócz tego wypracował inne podejście do improwizacji, w którym każdy z muzyków angażuje się w równym stopniu we wspólne granie. Takie myślenie dostrzegłem właśnie w grze Chada Taylora.

A Henry Grimes w latach 60. brał udział w tych legendarnych sesjach z Aylerem.
Grimes jest ważny nie tylko dlatego, że grał z Aylerem. Przede wszystkim jest autorem najlepszych partii kontrabasu w historii na "Goin’ Home" (w oryginale "Swing Low, Sweet Spiritual"). Nie popisuje się bezmyślnie solówkami ani monotonnymi pochodami harmonicznymi. Wypracował za to własny styl kolektywnej improwizacji w duchu nowoorleańskim. Mam do niego pełne zaufanie - nie muszę kontrolować jego gry. Słuchając go, mam też wrażenie, jakby dla niego czas zatrzymał się po koniec lat 60. Nie mówię tu jednak o jazzie, który dominował w tamtym okresie. Bardziej chodzi mi o jego naturalność - on gra bardzo po ludzku, nie ukrywając swoich słabości.

To przywołanie filozofii Aylera i Grimesa można traktować jako komentarz do współczesnej kondycji jazzu zdominowanego przez wirtuozów bez polotu?
Pewnie słuchasz więcej płyt ode mnie i masz lepsze rozeznanie w tym, co się teraz dzieje w jazzie. Ja skupiam się na własnym rozwoju. Działam na marginesie jazzu i zawsze podkreślam swój rockowy rodowód. W tej muzyce interesuje mnie głównie energia oraz swoboda, którą znajduje zarówno w twórczości Alberta Aylera, Ornette Colemana, jak i Kubańczyka Arsenio Rodrgiueza czy Toma Waitsa. Za to na pewno nie ma jej w mainstreamowym jazzie.

Wywodzisz się ze środowiska downtown, które zaistniało na mapie muzycznej w latach 80. głównie za sprawą Johna Zorna. Jaki masz stosunek do łatki "jazzowej awangardy", jaką wam wtedy przypięto?
Osobiście nie przepadam za terminem "awangarda", ale rozumiem skąd się on wziął. Przełom lat 70. i 80. był bardzo istotnym momentem w historii jazzu. Tacy artyści jak Ornette Coleman ze składem z "Prime Time", Henry Threadgill, Sam Rivers czy Anthony Braxton, chcieli odejść od schematu freejazzowej improwizacji, w którym dominował improwizujący solista wspierany przez sekcję rytmiczną. Próbowali też uciec od formalnych ograniczeń narzuconych przez stylistykę bebopu. Słuchaliśmy płyt Aylera, śledziliśmy brytyjską scenę wolnej improwizacji Dereka Bailey czy to, co grali DNA i James Chance związani ze zjawiskiem no-wave. W ten sposób zaczęło się kształtować środowisko downtown, którego przedstawiciele sięgali po różne strategie kompozycji czy gatunki muzyczne, żeby dalej rozwijać nowoczesny jazz.

A jak ty odnalazłeś się w tym środowisku, skoro techniki gry na gitarze - poza rockiem i bluesem - nieszczególnie rozwijały się w innych gatunkach?
To prawda, tylko rock pozwala na pokazanie pełni ekspresji tego instrumentu. Dlatego mniej słucham na co dzień gitarzystów, a więcej saksofonistów, bo to oni stali się motorem napędowym współczesnego jazzu. Staram się tłumaczyć ich język na mój własny - gitarzysty. Ten proces przynosi niezwykłe efekty i zmusza do szukania np. innego brzmienia i sposobów artykulacji. Najlepszym przykładem tego był projekt Los Cubanos Postizos, kiedy muzykę kubańską wykonywaną przez big band i wokalistę musiałem zaaranżować na rockowy skład.

Właśnie, jesteś znany z wszechstronności. Ale co tak naprawdę daje ci współpraca z popularnymi artystami takimi jak Tom Waits, Elvis Costello czy ostatnio z Robertem Plantem i Allison Krauss. To tylko fuchy na boku czy realna możliwość wykazania się?
Akurat z Waitsem współpracuję dość regularnie od ponad dwudziestu lat i każde spotkanie z nimi jest zaskakujące. To także świetny producent, który potrafi nagrywać w najdziwniejszych miejscach i nie boi się eksperymentów - z nim nie ma prostych rozwiązań. Natomiast w przypadku Planta i Krauss to była zwyczajna robota sidemana. Ale wierz mi, to też może być powodem do dumy.

p

Marc Ribot w czterech smakach

Marc Ribot y Los Cubanos Postizos "The Prosthetic Cubans" (1998)
Najbardziej przebojowy album w dorboku artysty, który wziął tym razem na warsztat klasyczne utwory Arsenio Rodrigueza i uprzedził modę na muzykę kubańską wypromowaną przez film "Buena Vista Social Club".

Marc Ribot "Saints " (2001)
Solowe dzieło gitarzysty, na które złożyły się oryginalne, nieraz dosyć radykalne i jazgotliwie interpretacje utworów Alberta Aylera, Ornette Colemana, Johna Zorna, a nawet The Beatles.

Roy Campbell/Marc Ribot/Henry Grimes/Chad Taylor "Spiritual Unity" (2005)
W doborowej obsadzie z kontrabasistą Henrym Grimesem muzyk składa hołd jednemu ze swoich największych mistrzów - freejazzowemu saksofoniście Albertowi Aylerowi. W repertuarze m.in. klasyczne już "Truth Is Marching In".

Marc Ribot’s Ceramic Dog "Party Intellectuals" (2008)
Najnowszy album nowojorczyka, na którym powraca do swoich rockowych korzeni w trzyosobowym składzie i z jazzową fantazją oraz punkowym temperamentem odgrywa nawet cover "Break on Through".