Filip Łobodziński: Najczęściej śpiewasz własne teksty. Czy widzisz siebie w tej samej kategorii, co Bob Dylan, Lou Reed albo Tom Waits?
David Thomas: W życiu! Oni są poetami, kochają estetykę poetycką, a mnie to nudzi. Oni czytają Pynchona i Faulknera, ja Hemingwaya. Interesuje mnie opowiedzenie historii przy użyciu minimum słów. Pragnę wtłoczyć maksimum informacji w trzyminutową opowieść, dlatego każda kropla dźwięku przydaje się, by nieść informację. Moje słowa mają oddziaływać nie na emocje albo intelekt, ale bezpośrednio na zagmatwaną świadomość człowieka.

A gdy sięgasz po cudze piosenki, to czego w nich szukasz?
W innych piosenkach często naczelną wartością jest melodia. Z powodu moich ograniczeń (zdarza mi się zapomnieć melodię) nie mogę masakrować tego, co jest w nich ważne. Poza tym nie uważam, by melodia mówiła coś interesującego o człowieku, jest tylko wehikułem, który pomaga przetransponować dźwięk istotny, czyli to, co liczy się naprawdę. Ale lubię piosenki dobrze napisane, choćby "The River" Bruce’a Springsteena. Zawsze przy niej mam łzy w oczach. Springsteen nie jest dobrym autorem, ale zdarza mu się napisać dobrą piosenkę, podobnie Beach Boys.

Ale w popularnych mediach nie istniejesz, więc trudno ten dźwięk istotny przekazać. Gdyby pewnego dnia komercyjne radio nadało twoją piosenkę, to byłbyś zdumiony, dumny czy przerażony?
Zdumiony - tak. Przerażony - nie. Dumny też chyba nie, bo z czego? Ale szczęśliwy z powodu ewentualnych tantiem.

Głos jest dla ciebie głównym instrumentem, poza trąbką, gitarą czy melodeonem. Zazwyczaj służy do przekazania treści słów i obdarzeniu ich ekspresją. Bywa też nośnikiem piękna, jak w operze, albo mądrości, jak u starych bluesmanów. Czym jest dla ciebie?
Wcale nie chciałem śpiewać, wolałem grać na gitarze, ale od ćwiczenia bolały mnie palce. Po tygodniu uznałem, że może lepiej zostać wokalistą. Zacząłem śpiewać. I raptem stwierdziłem, że coś jest nie tak.

Przecież z twoim głosem wszystko jest w porządku!
Dopiero po latach odkryłem, że nie mam słuchu muzycznego i już za późno, żeby ratować sprawę. Mam 55 lat. Ale podejrzeń nabrałem już za młodu. Trzeba się było do tego zabrać metodycznie. Czym ma być mój śpiew? Opowiedziałem się za koncepcją, według której powinien odzwierciedlać świadomość i procesy myślowe. Dopiero dużo później doszedłem do teorii, wedle której nie istnieje coś takiego jak myślenie, ale to temat na inną rozmowę. W każdym razie głos miał grać rolę jednego z dźwięków w bogatej strukturze całej muzyki. Zawsze fascynowały mnie brzmienia syntetyczne oraz muzyka konkretna.

To słychać od pierwszych nagrań Pere Ubu.
Jednym z naszych "sekretów" jest zamiana ról muzycznych. Gitarzysta gra linię basu, basista linię gitary, syntezator linię śpiewu, a wokalista, czyli ja, śpiewa partię sekcji dętej. Perkusja zamiast odmierzać czas, tworzy czas - bardzo ważne rozróżnienie. Wracając do wątku - skoro śpiew odzwierciedla świadomość, parę rzeczy od razu staje się jasnych. Myśl ludzka jest nielinearna, często wewnętrznie sprzeczna, doprawiona wątpliwością, autoironią, zanurzona w osobistych metaforach każdego z nas. Generujemy zamęt - wyjaśniamy nielogiczność poprzez inną nielogiczność. Stąd i w moim śpiewie te wszystkie "zanieczyszczenia", pomruki, sapnięcia, samogłoski wymawiane na wdechu, gwizdy - tak wygląda nasza relacja ze światem, a ja to reprezentuję głosem.

Czym jest dla ciebie piosenka?
Piosenka musi mieć trzy elementy: scenerię, tezę i zmianę punktu widzenia lub skali. Ale jest tylko środkiem do celu. Pracę nad płytą zaczynam od zidentyfikowania w głowie dźwięku, który towarzyszy pewnemu obrazowi. Dźwięk zapowiada kierunek, którym podąży zespół, jest też wyrazem mojej nadziei związanej z nadchodzącą pracą. Na tej ramie brzmieniowej rozpisuję opowieść, w której są szczegóły i postacie. Część tych szczegółów i postaci pojawia się potem w tekstach piosenek. Dziesięć-dwanaście piosenek na płycie to jak punkty na kartce, które trzeba połączyć, by uzyskać pełen obrazek, będący fotografią momentu w życiu. Zatem płyta jest czymś ważniejszym niż pojedyncza piosenka. Trzy kwadranse płyty opisują wycinek czasu krótszy niż sekunda, za to z detalami.

Mam przeczucie, że im muzyk dojrzalszy, tym więcej opowiada o własnym świecie, ale w jego opowieści jest więcej o mnie niż w przypadku młodych, którzy mówiąc niby o naszym świecie, opowiadają o sobie.
Nie ufam takim wytrychom jak "pokoleniowe niepokoje" czy "odczucia". Szczerze nie znoszę tak zwanego pokoleniowego głosu, który jest dla mnie szajsem. Muzycy głoszący "prawdę o świecie" to dla mnie idioci. Ja wolę opisywać to, co widzi lub robi jakaś postać. Słuchacz niech karmi swoje niepokoje na podstawie dowodów, które przedkładam w piosenkach. Często interpretują wszystko opacznie, ale działoby się tak samo, gdybym mówił wprost, co inni mają myśleć i robić. Moje życie to pasmo klęsk. Poniosłem klęskę na polu komunikatywności. Klęskę na polu sukcesu komercyjnego. Klęskę na polu przeniesienia dźwięków w głowie na nagranie. Klęskę na polu stworzenia przyzwoitej piosenki. I tak dalej. Klęska mnie motywuje. Jeżeli kiedyś nauczę się robić wszystko dobrze, odejdę na emeryturę.

David Thomas & Two Pale Boys
9.11. Teatr TR, Warszawa