Jacek Skolimowski: Tworzycie dosyć egzotyczny duet - Mark Lanegan wygląda na zamkniętego w sobie mruka, a ty sympatyczną blond dziewczyną. Łaczą was jakieś podobieństwa, czy raczej przyciągają przeciwieństwa?
Isobel Campbell: Myślę, że po prostu idealnie się dopełniamy. Mark może na pozór sprawie wrażenie kogoś takiego - przyznaję, że sama nawet obawiałam się pierwszego spotkania z nim. Tymczasem okazał się szczerą i ciepłą osobą, choć jednocześnie bardzo zamkniętą w sobie. Najważniejsze, że spodobał mu się pomysł na nasz duet i bez problemu znaleźlismy wspólny język. Mocno zaangażował się w pracę, choć dzielił nas przecież nie tylko ogromny dystans geograficzny, ale dorobek i doświadczenia życiowe.

Jak w takim razie udało ci się znaleźć linię porozumienia z tym rockowym weteranem?
To nie było wcale trudne. Przede wszystkim moje piosenki są bardzo uniwersalne. Opowiadają o sprawach, które nas wszystkich dotyczą - miłości, rozstaniach, śmierci. Kiedy je pisałam, nie myślałam jeszcze o Marku - potrzebowałam tylko niskiego głosu, który będzie kontrastował z moim. Kiedy poznałam go lepiej, posłuchałam jego piosenek z solowego albumu "Bubblegum" czy ostatnich nagrań Gutter Twins z Gregiem Dulli, poczułam, że łączy nas podobna wrażliwość oraz interesują podobne tematy. To dało mi komfort dalszej pracy, a rozmowa z nim, jego własne opowieści stały się inspiracją do działania.

Nie przeszkadzało wam to, że dzielą was tysiące kilometrów i nie możecie razem pracować w studiu?
To prawda, praca nad tymi dwoma albumami była dla prawdziwym utrapieniem. Pierwszy album powstał właściwie drogą pocztową - najpierw nagrywałam swoje pomysły i wysyłałam Markowi na drugi koniec świata, potem on coś do tego dopisywał i po kilku tygodniach odsyłał. Trochę to trwało, ale mam wrażenie, że ten dystans i czas nam sprzyjały. Nie znaliśmy się jeszcze tak dobrze, nie byliśmy na siebie aż tak otwarci, więc praca w domowych warunkach dawała nam poczucie bezpieczeństwa i intymności. Pamiętam, że kiedy odbyliśmy pierwszą trasę i spędziliśmy wreszcie trochę czasu razem, obawiałam się, czy Mark będzie miał ochotę w ogóle kontynuować tę współpracę. Na szczęście do nagrań "Sunday At Devil Dirt" doszło bez problemu, do tego odbyły się one w dużo korzystniejszych warunkach. Mam wrażenie, że udało nam się powiedzieć na nim wiele nowych rzeczy i dwa albumy mają ze sobą taki związek jak starszy brat i młodsza siostra.

Szczególnie na nowym albumie można dostrzec, że twoje teksty są do bólu naznaczone poetyką amerykańskiego folku. Na porządku dziennym są tu słowa "devil", "dust", "salvation", "sweetheart". Czy to celowa stylizacja?
Cóż nie da się ukryć, że bardzo mocno fascynuje mnie amerykańska kultura - oczywiście mówią tutaj tylko o niektórych jej aspektach. Część muzyki popularnej wydaje mi się wyjątkowo nieszczera i płaska, natomiast w pełni przemawia do mnie cała tradycja folkowa. Uwielbiałam od dziecka piosenki Dolly Parton i podobnie jak wszyscy zupełnie oszalałam na punkcie ostatnich albumów Johnny’ego Casha, które nagrał z Rickiem Rubinem niedługo przed śmiercią. Jest w nich coś bardzo prostego, szczerego i bezpretensjonalnego - dostrzegam w nich też coś z naszej szkockiej tradycji ludowej. Natomiast to, że tak jak większość z nas wychowałam się w kulturze amerykańskiej, na filmach, muzyce, literaturze, sprawia, że ta stylizacja, o której mówisz, jest mniej lub bardziej świadoma. Ostatnio zaczynam ją coraz bardziej dostrzegać, ponieważ mam dużo przyjaciół w Stanach, często tam jeżdżę i odpowiada mi ten klimat.

Ale twoje wcześniejsze dokonania z grupą Belle & Sebastian czy solo jako Gentle Waves wydawały się być na wskroś europejskie. W związku z tym współpracę z Markiem przy tych dwóch albumach traktujesz jako rodzaj ucieczki?
Trudno powiedzieć - w moim przypadku to raczej próba otworzenia się na nową kulturę i nowe wpływy. Muszę przyznać, że jako nastolatka byłam totalnie antyamerykańska. Nie nawidziłam tej ich całej popkultury, za to miałam obsesję na punkcie szlachetnej kultury francuskiej. Masowo oglądałam filmy Francois Truffaut, Jean-Luc Godarda, całej Nowej Fali, a do tego kochałam piosenki Serge Gainbourga i podziwiałam jego divy Jane Birkin, Brigitte Bardot. Byłam do tego stopnia zapatrzona w tę bardzo stylową i szczególną estetykę, że nawet podobnie do nich się ubierałam i zachowywałam. Nie mówiąc już o podobnej wrażliwości i nastroju, który był obecny w moich tekstach i muzyce.

I podobno czekałaś na swojego Serge Gainsoburga....
(śmiech) To prawda, kiedy po raz pierwszy spotkałam Marka, byłam tak nim zauroczona, że natychmiast poleciałam do kolegów z Belle & Sebastian i obwieściłam im z uśmiechem na twarzy: "Słuchajcie poznałam właśnie mojego Serge Gainsbourga"! Dziś już wiem, że się nie myliłam.