We Francji jesteś obecnie jedną z największych gwiazd muzyki pop. Ale nie wiem, czy pamiętasz, jak przyjechałeś po raz pierwszy do Warszawy osiem lat temu i zagrałeś krótki koncert przed grupą Air...

Sebastian Tellier: (śmiech) Oj, to były czasy. Pamiętam, że był to jeden z najmniejszych klubów na trasie. To znaczy jak na możliwości Air, bo podczas mojego występu i tak sala była prawie pusta i jakoś panowała smutna atmosfera. Byłem dopiero po nagraniu jednej płyty w niezależnej wytwórni i nie miałem swojego zespołu, tylko na scenie towarzyszyła mi koleżanka, która grała na thereminie. Dla mnie wspólna trasa z Air była jednak wielkim przełomem w życiu. Przejechałem z nimi chyba pół świata i zrozumiałem, że właśnie takie życie chcę prowadzić – występować dla ludzi. Nagrałem jeszcze dwa albumy i jak widzisz dopiąłem swego.

Jasne, ale możesz sobie wyobrazić moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem cię w zeszłym roku podczas finału konkursu Eurowizji. Szczególnie że byłeś ubrany w błyszczący garnitur i jeździłeś po scenie małym samochodzikiem.

To prawda, po prostu lubię zaskakiwać (śmiech). Kiedyś uważałem, że muzykę robi się tylko dla siebie i nie należy za bardzo sugerować się oczekiwaniami publiczność. Prędko zrozumiałem jednak, że o wiele ciekawsze jest dostarczanie ludziom rozrywki. To daje mi dobre poczucie, kiedy mogę wyjść na scenę, wcielić się w inną rolę i obserwować reakcje ludzi. Ten mój występ na Eurowizji oczywiście potraktowałem jako rodzaj żartu. We Francji festiwal oglądają głównie starsi ludzie i z reguły wygrywa go jakiś homoseksualista. (śmiech) W związku z tym mój występ był mocno kiczowaty, ale też miał elementy takiego starego, eleganckiego szyku. Największą frajdę sprawiło mi jednak to, że mogłem zadzwonić do moich kolegów i powiedzieć: ej, włączcie dzisiaj wieczorem telewizor, zobaczycie mnie na Eurowizji.

Słyszałem, że twój występ odbił się szerokim echem w mediach.

A mówisz o tym, że zostałem skrytykowany za śpiewanie piosenki po angielsku? To prawda, wszyscy byli na mnie strasznie wkurzenie w gazetach i w telewizji. W mojej sprawie wypowiadali się nawet politycy i chyba minister kultury, który był oburzony moim zachowaniem. (śmiech) W sumie nie spodziewałem się tego, ale miałem dużą satysfakcję w tym, że nagle cały kraj był przeciwko mnie. Musiałem potem tłumaczyć się w różnych programach, że przecież żyjemy w nowoczesnym i wolnym kraju, każdy może śpiewać po angielsku czy nawet po włosku.

Twój najnowszy album „Sexuality” nie budził podobnych kontrowersji? Traktujesz na nim tematykę seksualności otwarcie niczym Serge Gainsbourg.

Cóż, my, Francuzi, mamy w sobie dużo namiętności, lubimy okazywać emocje i czerpać całą przyjemność z miłości (śmiech). Nie potrafię grać rocka czy hip-hopu, bo nie czuję tej postawy twardego faceta z gitarą czy chłopaka z ulicy obwieszonego łańcuchami. Dlatego tworzę seksualną muzykę, która pozwala mi w pełni się zaangażować i wyrazić siebie. Nie śpiewam jakichś sprośnych i niesmacznych piosenek o seksie, ale skupiam się na moim życiu intymnym. Dla mnie jest to ukoronowanie pewnego etap rozwoju duchowego, który jest właśnie związany z moją seksualnością.

Każdy z twoich albumów dotyczy konkretnego tematu – przed seksualnością śpiewałeś o rodzinie i polityce. Co według ciebie je wszystkie łączy?

Moim celem jest pokazanie pewnych mechanizmów, które kierują naszym życiem i na które nie mamy większego wpływu. Kiedy byłem młody, rodzicie odpowiadali za to, jak się ubieram, co jem, do jakiej szkoły chodzę, gdzie wyjeżdżam na wakacje. Dlatego na pierwszej płycie śpiewałem o nich. Potem zająłem się polityką, bo na pewnym etapie dorastania poczułem się częścią społeczeństwa, które działa według zasad ustalonych przez rząd. W zależności od tego, jakie stronnictwo jest u władzy, pewne działania i słowa są zwyczajnie zabronione. A teraz odczułem, że nasze życie kształtuje seksualność. Podobne płyty zamierzam w przyszłości nagrywać o religii czy nauce, które też w dużym stopniu odbijają się na naszym codziennym życiu.

A jaka według ciebie jest najlepsza muzyka do uprawiania seksu? Bo krążą plotki, że jęki twojej dziewczyny na płycie wcale nie były udawane...

(śmiech) To prawda, część z nich była udawana, a część nie – ale nie powiem ci, która. Natomiast jestem zdania, że każda dobra muzyka zawsze była przepełniona seksem – przypomnij sobie ogniste solówki Jimiego Hendiksa czy szalone występy James Brown. Natomiast mojej wrażliwości najbliższy jest Prince – jego muzyka zawsze jest zmysłowa oraz daje poczucie komfortu i swobody. W jego muzyce ważne są nie tylko same dźwięki, ale też filozofia i pewna wizja idealnego świata, jaka się za nimi kryje. Ale i tak najbardziej lubię kochać się w domu przy naturalnych dźwiękach wiatru, deszczu czy na łonie natury w lesie.

p