Daby Touré & Skip McDonald "Call My Name"
Wyd. Real World, 2009

p

Grubo ponad 20 lat temu Peter Gabriel jako jeden z pierwszych artystów rockowych zaprezentował światu zachodniej rozrywki muzyczne oblicze Afryki na płycie „Peter Gabriel” (1982). Dziś, gdy z wytwórni Real World założonej przez Gabriela masowo wypuszczane są albumy artystów afrykańskich, hinduskich, chińskich i australijskich, cała ta egzotyka straciła świeżość. Real World stało się fabryką cepeliady, podobnie kariery takich sław, jak Angelique Kidjo i Kadja Nin. A gwoździem do trumny był koniunkturalny projekt Gabriela „Big Blue Ball” (2008). Muzycy z całego świata zostali stłoczeni na jednej płycie, która udowadniała, że ze współpracy gwiazd rocka z najciekawszymi reprezentantami world music dziś już nic nowatorskiego wyjść nie może.

Kolejnym dowodem na to jest „Call My Name” Mauretańczyka Daby’ego Touré i bluesowego gitarzysty Skipa McDonalda, wspomaganych przez perkusistę Keitha LeBlanca. 30-letni Toure to gwiazda francuskiej sceny afropop. Mieszka i tworzy w Paryżu od 18 roku życia. Od 5 lat sam pisze, nagrywa i produkuje muzykę, będącą łagodnym połączeniem jazzu i afrykańskiej estetyki brzmieniowej, adaptowanych na Starym Kontynencie.

Na jego trzeciej płycie blues i jazz spotykają orientalną melodykę z Afryki Północnej. Touré otwiera tu kolejną furtkę do swojego muzycznego świata, w którym te dźwięki stapiają się w bezpiecznie brzmiącą hybrydę.

W przeciwieństwie do artystów sięgających do oryginalnych struktur rytmicznych i melodycznych Czarnego Lądu, takich jak duet malijski Amadou&Mariam, Habib Koite, Sobanza Mimanisa z Konga czy jeden z najciekawszych dziś muzyków z Mali Issa Bagayogo, Touré zmierza wprost w objęcia globalnego mainstreamu. Jego muzyka, choć pełna nawiązań do brzmień, które go ukształtowały, jest oczywistym muzycznym otwarciem na Zachód. Sześć utworów na trzeciej płycie Daby’ego to po prostu miks anglosaskiej i orientalnej ekspresji. Wygładzone kompozycje z pogranicza smooth jazzu i world music („Riddem”, „Past Time”) nie mają nic wspólnego z eksperymentowaniem przestrzennym brzmieniem, które słychać na świetnym debiutanckim albumie Daby’ego „Diam” (2004).

Nie dbam o etykietki, nie obchodzą mnie obowiązujące w jazzie i w tzw. world music kanony, dzielące muzykę na cywilizowaną i prymitywną – tłumaczy DZIENNIKOWI Toure. – Jestem muzykiem i gram to, co instynktownie słyszę.

Ale złaknieni nowości poszukiwacze eterycznych plam dźwiękowych połączonych z prekursorskimi analizami elektronicznych bitów, podobnych do tych, które w zeszłym roku zaserwował wspomniany Issa Bagayogo na świetnie przyjętym albumie „Mali Koura”, będą zawiedzeni. McDonald kontruje smutek falsetu Daby’ego niezłymi bluesowo-reggae’owymi kompozycjami. Jednak z gęstej faktury gitar i głosu na plan pierwszy wydobywa się łzawy liryzm, który zamienia interesujące dźwięki w miałkie klisze stylistyczne.

Pewnie to kolejny przykład na to, że pierwiastek afrykański w zetknięciu z kulturą popu traci na oryginalności. Po tegorocznym sukcesie Amadou&Mariam muzycy amerykańscy i brytyjscy, którzy nagrywali płyty popularyzujące muzykę z Etiopii, Senegalu, Nigerii, Mali i Mauretanii, będą musieli ustąpić miejsca w panteonie prawdziwym artystom z Afryki rejestrującym wierne brzmienie tego kontynentu.