Niedawno oburzałem się przy okazji recenzji płyty zespołu Under Byen na słowa Davida Fricke’a z magazynu „Rolling Stone”, który nazwał Duńczyków „the best band in the world”. Bo jak to zmierzyć? Liczbą sprzedanych płyt? A może długością kariery? To tak jak z wyborem Miss Świata – zwyciężczyni prawie nigdy nie jest tą najładniejszą...

Dlatego nie ośmieliłbym się nazwać żadnego zespołu „najlepszym”, ale mogę wskazać ten, który w ciągu ostatniego ćwierćwiecza wywarł największy wpływ na muzykę rozrywkową, bo zawsze był o krok przed wszystkimi, wyznaczał trendy i inspirował artystów spoza swojego estetycznego kręgu. O wielkości Depeche Mode nie świadczy wcale fakt, że sprzedali ponad 100 milionów płyt, ale to, że zespół mimo 30 lat istnienia ciągle ewoluuje, i nawet teraz, gdy cieszy się statusem kapeli kultowej, nie boi się ryzykownych eksperymentów, na które nie pozwoliłaby sobie żadna inna gwiazda światowego formatu. Dowodem na to jest właśnie 12. płyta tria z Basildon. „Sounds Of Universe” – niełatwa, pełna zgrzytliwej elektroniki, nieraz ocierającej się wręcz o syntetyczną awangardę.

Przyjrzyjmy się historii gwiazdorskich zespołów, które zaczynały mniej więcej w tym samym czasie co DM, choćby The Cure czy U2. Choć należą do panteonu popowych bogów, żaden z nich nie wpłynął na tak różne muzyczne obszary jak DM. The Cure przeszli metamorfozę od postpunkowej kapeli do popowych klasyków, ale tkwią w tym samym punkcie mniej więcej od połowy lat 90. A Bono i spółka nagrywają niezmiennie stadionowe hymny – wiele z nich trzeba uznać za rockowe klasyki. Zwykle jednak nawet nie zbliżają się do siły rażenia eklektycznej twórczości DM.

Kiedy kilka miesięcy temu duet Pet Shop Boys odbierał nagrodę Brit Award za całokształt twórczości i wkład w rozwój współczesnej muzyki rozrywkowej, Neil Tennant powiedział: „Oczywiście bardzo się cieszę z tego wyróżnienia, ale będę szczery – ta nagroda powinna powędrować raczej w ręce Depeche Mode, my moglibyśmy jeszcze poczekać. Oni mają świetnego kompozytora, jakim jest Martin Gore, istnieją na rynku muzycznym dłużej niż my, a mimo że mają rzeszę wiernych fanów na całym świecie, nie zyskali w swojej ojczyźnie takiego uznania, na jakie z pewnością zasługują”. Jego kolega z zespołu Chris Lowe potwierdził: „Bardzo imponuje mi rozwój DM. Zaczynali jako niewinny zespół synthpopowy, by stopniowo wypracować swoje mroczne industrialne brzmienie”.

Dwa lata wcześniej tę samą nagrodę odbierali członkowie britpopowego Oasis, lider zespołu Noel Gallagher również przyznał, że na to wyróżnienie z całą pewnością bardziej zasługuje Depeche Mode. Słowa to tym ważniejsze, że wypowiedział je człowiek, który własną osobę i swój zespół uważa za pępek świata.

Ale nie tylko twardogłowi rockmani i popowi wyjadacze zachwycają się DM. Wpływy angielskiego tria sięgają znacznie dalej. To jedyny europejski zespół wywodzący się z niezależnej sceny, który odniósł oszałamiający sukces po obu stronach oceanu. Klasyczną już dziś historią jest ta o podróży DM do Detroit w 1989 roku. Okazało się, że Gahan i spółka cieszą się tam statusem kultowych gwiazd. „Oni dokonali niemożliwego w Ameryce: są w stanie dogodzić wszystkim, zarówno fanom tanecznych rytmów, jak i zwolennikom stadionowego brzmienia. Oni są zawsze w punkt ze swoimi płytami. Zawsze są świetnie zsynchronizowani z muzycznym otoczeniem” – przyznał w wywiadzie dla „The Face” w tym samym roku Derrick May, legendarny DJ i producent z Detroit, uważany za ojca chrzestnego techno.

Zresztą nie tylko Detroit zasłuchiwało się w muzyce Gahana i spółki. "DM mieli nieoceniony wpływ rozwój w rozwój amerykańskiej sceny klubowej. Prawie każdy DJ w Nowym Jorku czy Chicago ma w kolekcji wczesne nagrania DM. Nie byłoby muzyki house’u bez wpływu DM. Oni wiedzą, gdzie bije serce klubowej muzyki. I mimo odmiennego brzmienia podobnie jak my wyrastają z tego samego pnia: zakorzenionego w fascynacji dokonaniami Kraftwerk. Posłuchajcie tylko kawałka „People Are People". oni mają taniec we krwi" – podsumowuje ikona muzyki house Frankie Knuckles.

Te wypowiedzi świetnie ilustrują zakres oddziaływania angielskiego tria – ich muzyką fascynują się w równym stopniu rockmani, jak i przedstawiciele mainstreamowego popu i elektronicznych subkultur. Dość powiedzieć, że utwory Depeche Mode coverowały takie sławy jak Johnny Cash, Rammstein, The Smashing Pumpkins, a nawet Coldplay, nie wspominając o Thomie Yorku, który wprost przyznaje, że „Violator” to jedna z płyt, które odcisnęły największe piętno na twórczości Radiohead. Czy muszę jeszcze wspominać o fanach ekstremalnie ciężkich brzmień zafascynowanych DM? To nie przypadek, że nasz rodzimy Vader nagrał cover „I Feel You”, a do mrocznego klimatu angielskiego tria odwołują się zarówno fani goth rocka, jak i death metalu.

Czemu więc angielskie trio zawdzięcza tak ogromny sukces? Wydaje się, że oprócz otwartości i chęci ciągłego poszukiwania, DM zawsze potrafili idealnie balansować na granicy szeroko pojętego undergroundu i popu. Dla wielu do dziś jawią się jako odtrutka na wszechogarniające przesłodzenie i płyciznę popu. Depeche Mode to najbardziej efektywna platforma łącząca dwa światy – popu i alternatywy, melodyjności i ambitnego brzmienia, rockowego pazura i liryzmu. To prawdziwa muzyka dla mas.

Sprawdź najlepsze piosenki Depeche Mode na LITERIA.pl >