Micachu "Jewellery"
Wyd. Sonic 2009
Ocena 6/6

p

Co takiego oferuje 21-letnia Mica Levi, że recenzenci na całym świecie zwariowali na jej punkcie? Otóż ona uwalnia nas od jarzma skostniałego popu i przeciera szlaki muzyki rozrywkowej przyszłości – skrojonej pod potrzeby słuchacza nowej generacji. Ona wie, że jej równolatków nie da się tak łatwo otumanić schematem „zwrotka – refren” tłuczonym od czasów Beatlesów. Globalna młodzież wychowana na natychmiastowej dostępności do wszelkich gatunków i odmian muzyki domaga się więcej kolorów i nieprzewidywalności. Czegoś, co oderwie ją na chwilę od wysyłania SMS-ów.

Tego czegoś nie da się osiągnąć z pomocą oklepanych akordów i brzmień – tu potrzeba radykalnych środków, takich jak lekko odstrojona gitara (lub coś gitaropodobnego, bo Mica znana jest z zamiłowania do konstruowania dziwacznych instrumentów) w otwierającym płytę „Vultures” albo syntezatorowy plusk w „Curly Teeth”, porównywalny z efektem, jaki wywołuje wacik włożony zbyt głęboko do ucha. Tu wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie – ale takim na szybkim podglądzie – jak w największym hicie z albumu: „Golden Phone” zaczyna się niewinną gitarą akustyczną, by po krótkim flircie z klasycznymi chórkami i samplami dzwonków rozwinąć się w klubowego potwora napędzanego organami i zabawkowym syntezatorem. Wyraźnie słychać tu rękę Matthew Herberta, który jest producentem tej płyty. Tylko on mógł wkomponować bezboleśnie dźwięk odkurzacza w aranże balladowego „Turn Me Well”. Zaryzykowałbym paczkę sezamków, zakładając się, że to on stoi za większością genialnych aranży na „Jewellery, porównanie ich do roller coastera jest marnym porównaniem.

Choć całość bardziej niż brytyjskiego mistrza samplingu przypomina skrzyżowanie dokonań M.I.A z Hot Chip – mamy tu do czynienia z tą samą mieszanką dźwiękowej brawury i klimatem niczym nieskrępowanej zabawy, niezważającej na żadne zasady klasycznego popu, która zachowuje jednocześnie jego najważniejszą cechę – przebojowość. Micachu ma jeszcze jeden atut – jej wokal jest uniseksualny – w pierwszym momencie nie wiadomo, czy śpiewa naburmuszona nastolatka, której fryzjer spieprzył właśnie fryzurę, czy to jakiś delikatny chłopiec próbujący swych sił w grimie.

Kiedy słucham „Jewellery” czuję się jak dziecko, które przez lata trzymane przez rodziców w sterylnym klimacie generowanym przez klinicznie czysty pop teraz zostało wypuszczone do piaskownicy i do parku – cóż z tego, że przyzwyczajone do aseptycznych warunków ciało może się najpierw wzdragać alergicznie na nieznane zarazki przybierające postać szumów, hałasów, lekko rozstrojonych punkowych gitar i niewygodnych sampli, skoro zabawa w rozbrykanych towarzystwie będzie niezapomniana? Ten album polecam wszystkim, których już nic w muzyce nie kręci i którzy sądzą, że są już chyba starzy – posłuchajcie tylko „Jewellery”– jeszcze nie wszystko stracone.