Mówią o was: najbardziej pożądana kapela świata. Spodziewaliście się tak wielkiego szumu wokół "Walking On A Dream"?

Luke Steele: Szczerze mówiąc, to nie. Chcieliśmy po prostu nagrać dobry album. Takich rzeczy nie da się przewidzieć. Wierzę w tzw. chemię, cokolwiek to znaczy. Między mną a Nickiem (Littlemore’em – red.) od początku pracy nad tą płytą wszystko układało się jak trzeba. Mimo że pracowaliśmy z przerwami – ja dojeżdżałem z Perth do Sydney na sesje, które tak naprawdę były bardziej czymś w rodzaju przyjacielskich spotkań z wystawnymi kolacjami i wszelkimi innymi uciechami. Nagrywaliśmy jakby przy okazji. Czasem wystarczyło kilka godzin, żeby urodził się jakiś nowy numer.

Bardzo istotnym elementem waszej kreacji są futurystyczne stroje i image przypominające trochę Ziggy’ego Stardusta. Jesteście fanami Davida Bowiego?

No jasne, choć on jest nie do podrobienia. Jego androgyniczny styl do dziś wywiera wpływ na image wielu artystów.

W jednym z wywiadów zdradziliście, że lubicie kręcić wideoklipy w najróżniejszych miejscach, bo to okazja do poznawania innych kultur. Która z nich wywarła na was największe wrażenie?

Najbardziej surrealistycznym doświadczeniem był chyba wypad do Meksyku. Wszystko było tam drastycznie inne – od jedzenia przez wyjątkowo wyluzowanych ludzi. Poza tym reżyser teledysku okazał się też producentem muzycznym, więc doskonale się rozumieliśmy i praca była czystą przyjemnością. No i sceny kręcone w Szanghaju – to też był niezły kosmos. Nikt tam nie mówi po angielsku, a architektura wydaje się wyjęta z XXII wieku. Mieliśmy tam sporo przygód. Choćby takich, jak spotkanie z trójpalczastym krawcem, który uszył nam stroje, o jakich nawet się nam nie śniło.

Teledysk do tytułowego "Walking On A Dream" przypomina mi trochę "Łowcę androidów" Ridleya Scotta. To celowe nawiązanie?

Wiesz, że wcześniej o tym nie pomyślałem? Ale faktycznie, właśnie uświadomiłem sobie, że tak jest. Choć to przypadek, no może jakaś podświadoma inspiracja.

Wizualna strona waszej twórczości wydaje się istnieć na równych prawach z muzyczną. Cenicie szczególnie jakichś reżyserów?

Jeśli miałbym kogoś wymienić, to na pewno na pierwszym miejscu postawiłbym Petera Greenwaya, ewentualnie ex equo z Terrym Gilliamem i jego „Brazil”. Ludzie z taką wyobraźnią mnie fascynują. Życzyłbym sobie, żeby twórczość Empire Of The Sun miała podobny rozmach.

Pewnym utrudnieniem może jednak okazać się wasza fotofobia. Czy to prawda, że nie pozwalacie sobie robić zdjęć? Wierzycie w teorię niektórych ludów plemiennych, że fotografia ukradnie wam duszę?

Raczej nie chodzi o duszę (śmiech). Po prostu obaj z Nickiem mamy fioła na punkcie starych plakatów filmowych i wolimy, gdy ktoś utrwala nasze podobizny w takiej właśnie formie, bardziej przypominającej plakat albo obraz. Można to też nazwać tworzeniem własnej mitologii.

A propos tworzenia mitologii... Udało się to wam świetnie, bo już dawno o żadnej kapeli nie mówiło się tak wiele, zanim jeszcze na dobre płyta trafiła do słuchaczy. Nie boisz się, że ten cały medialny szum i przebogata oprawa wizualna odciągną ludzi o najważniejszej kwestii – muzyki? Zobacz sam – rozmawiamy od kwadransa i nie padło jeszcze słowo o zawartości albumu...

To nie ma dla mnie znaczenia. Dziś nie można już rozdzielać muzyki od strony wizualnej. Wszystko przecież jest multimedialne. Spójrz na Kanye Westa. Czy to tylko raper? Nie sądzę. Wszystko, co robi – jego teledyski, ubiór, styl bycia i muzyka – składają się na postać genialnego showmana. Chcemy dysponować podobną siłą rażenia. Poza tym rozmawianie o samej muzyce często bywa bezcelowe, bo i tak wszystko sprowadza się do bardzo prostej kwestii: czy dany zespół cię rusza, czy nie. Reszta jest mało istotna. "Walking On A Dream" nie jest jakąś muzyką dla intelektualistów. Celowaliśmy bardziej w serca niż w mózgi – te dźwięki miały spowodować, że ludzie uniosą się kilka centymetrów nad ziemię.

Pogadajmy o Australii, która ostatnio wydaje się wyjątkowo aktywna w szeroko rozumianej muzyce elektronicznej, dość wymienić niedawną świetną płytę The Presets.

To może wydać się zabawne, ale myślę, że sporo zawdzięczamy rozwojowi internetowych serwisów aukcyjnych (śmiech). Widzisz, Australia to piękny kraj, ale wyspa, więc rynek instrumentów zawsze był tu bardzo skromny. Trzeba je sobie było przywieźć z jakiegoś innego kontynentu. I nagle pojawił się eBay i wielu moich kolegów poczuło się jak misiek wpuszczony do ula. Zresztą pewnie wiesz, o czym mówię. Sądzę, że w Polsce mogło być podobnie po upadku komunizmu. Inna sprawa, że scena elektroniczna zawsze istniała w Australii – teraz po prostu więcej ludzi ma dostęp do sprzętu – nie tylko u nas.

A jak sprawy się mają z twoją macierzysta kapelą Sleepy Jackson? Zagracie jeszcze razem, czy Empire Of The Sun stał się teraz priorytetem?

Sleepy Jackson to mój zespół. Nagraliśmy kilka świetnych płyt, z których każda była inna, i nie zamierzam niczego kończyć. Na razie oczywiście skupię się na promowaniu Empire Of The Sun i graniu koncertów, ale jak kurz opadnie na pewno coś nagram z moimi starymi kumplami.

Skoro mowa o koncertach – wasz rozbuchany image wydaje się wręcz wymarzony na scenę. Z drugiej strony jesteście duetem. Macie już pomysł na występy na żywo.

Właśnie planujemy koncertową konfigurację i potrwa to kilka miesięcy, bo chcemy, żeby nasze występy były wyjątkowe i żeby były pełne przepychu. Na razie wiemy tylko, że chcemy, żeby na scenie znalazło się bardzo wielu tancerzy. Na pewno wykorzystamy również materiał, który nakręciliśmy na potrzeby „Walking On A Dream”. Mamy jeszcze zaplanowane kilka dni zdjęciowych na miejscu, w Australii. Myślę, że ostro ruszymy w trasę dopiero na początku przyszłego roku.