Chrisette Michele
Epiphany
ocena: 3

_____________________________________________________________________________

Wschodząca gwiazda r’n’b i neo soulu Chrisette Michele nagrała swoją drugą płytę „Epiphany” w cieniu wydawnictw Ciary i Keri Hilson. Nazwiska wszystkich trzech pań odbiły się już echem w świecie czarnych brzmień, ale o Chrisette, mimo że triumfuje jako zwyciężczyni tegorocznych Grammy (piosenką „Be OK” z jej debiutanckiego albumu „I Am”), wciąż nie jest tak głośno jak o jej koleżankach.

Wcześniej obwołano ją następczynią Billie Holiday, Niny Simone i Elli Fitzgerald. A także Rachelle Ferrell i Macy Gray. I rzeczywiście, kultura śpiewu i tembr głosu sytuują jej wokalistykę gdzieś w sentymentalnych latach 50. i 60. Niewiarygodna rozpiętość skali, aksamitne „doły” i przybrudzone górne rejestry to jednak nie wszystko, w co matka natura wyposażyła głos Chrisette – wokalistka jest świetną interpretatorką i porywa swoimi emocjonalnymi, rozwibrowanymi frazami publiczność amerykańskich klubów jazzowych.

Współpracowała z większością wielkich czarnej sceny, w tym z Nasem, Kanyem Westem, Ghostface Killah i Ne-Yo, który roztoczył opiekę właśnie nad „Epiphany”. Tym bardziej dziwi, że album nie rozkłada na łopatki świata r’n’b, jak oczekiwano. Mało zróżnicowane, bezpieczne brzmienia z pogranicza r’n’b i mainstreamu są raczej jak kołysanki niż hity. Chrisette chciała płyty lirycznej, ale zdystansowanej – i taką nagrała. Możliwe, że smakować trzeba ją powoli i cieszyć się jej głosem w perfekcyjnie skrojonych kawałkach o złamanym sercu. Lecz szkoda talentu 26-letniej gwiazdy na takie flaki z olejem.