Gorillaz
Bananaz
EMI
ocena: 4

______________________________________________________________________________

Grupa dowodzona przez lidera Blur Damona Albarna to twór wirtualny. Jego członkowie to animowane postacie stworzone przez rysownika Jamiego Hewletta. Duet Hewlett – Albarn pociągał m.in. za sznurki kultowych multimedialnych wydawnictw „Gorillaz” i „Damon Days”, nie wspominając o legendarnych już koncertach w Manchesterze i Nowym Jorku (z udziałem zarówno żywych, jak i animowanych muzyków), jakie grupa dała w 2005 i 2006 roku. Wielu fanów spodziewało się więc podobnych fajerwerków po filmie dokumentalnym Ceri Levy’ego, który próbował uchwycić ducha zespołu w latach jego największego rozkwitu od 2000 do 2006 roku.

Jednak wbrew oczekiwaniom „Bananaz” nie różni się tak naprawdę od typowych dokumentów poświęconych znanym kapelom – ale akurat właśnie w przypadku Gorillaz właśnie to jest jego największą siłą. W końcu przez blisko dekadę fani mieli do czynienia wyłącznie z wytworami wyobraźni Jamiego Hewletta i Damona Albarna, a teraz po raz pierwszy mogą się zetknąć z ludźmi z krwi i kości, ze zwyczajnym bandem, w którym ścierają się ze sobą osobowości, a zwycięstwa i porażki są jak najbardziej realne.

Dostajemy więc porządną wycieczkę po zakamarkach Kong Studio (muzyczna kuźnia Albarna), przez które przewijają się takie znakomitości, jak Ibrahim Ferrer (piękna scena, w której wokalista Buena Vista Social Club improwizuje, a obok niego z dzieckiem na kolanach siedzi Albarn, świetnie ukazuje rodzinny charakter projektu Gorillaz), Denis Hopper (pamiętacie tego diabolicznego lektora z utworu „Fire Coming Out Of The Monkey’s Head”?) czy producent Dangermouse pykający w ping-ponga w chwilach wolnych od nagrań.

Jest też kilka dłużyzn dokumentujących życie w trasie, ale nawet one zyskują blasku dzięki angielskiemu poczuciu humoru Albarna i spółki. Tak jak wtedy, gdy grupa udziela wywiadów w USA. Jedna z dziennikarek komplementuje Albarna: – Kiedy oglądałam wasz koncert, pomyślałam, że jesteście Pink Floydami nowego pokolenia. Na co Albarn odpalił: – No tak, ale my mamy dobre kawałki...

Największym atutem tego DVD jest właśnie jego naturalizm – nie ma tu żadnych gadających głów opiewających wielkość zespołu ani pozowanych wywiadów. Kamera zdaje się nie istnieć dla uczestników tej historii, przez co zyskała ona intymny, nierzadko zabawny sznyt.