Po porażce komercyjnej albumu „Odyssey” zupełnie słuch o was zaginął. Straciliście kontrakt z EMI, przestaliście koncertować i podobno rozpadliście się?

Casey Spooner: No, było blisko. Powiedzmy, że zawiesiliśmy na jakiś czas współpracę. Nałożyło się na to wiele spraw. Już przy nagrywaniu „Odyssey” pojawiły się pierwsze poważne tarcia między nami – Warren Fischer był bardzo zestresowany w studiu, odczuwał presję związaną z powtórzeniem sukcesu pierwszego albumu. Do tego wydawca EMI zaczął wysuwać wobec nas żądania, których nie byliśmy w stanie spełnić, chcąc zachować wolność twórczą. Wreszcie nastał kryzys finansowy, który doprowadził do upadku rynku koncertowego i płytowego. Nikt nie chciał ryzykować pieniędzy na nasze artystyczne przedsięwzięcia i przez wiele miesięcy nie mogliśmy nic zrobić.

No właśnie, znani jesteście przede wszystkim z barwnych występów. Fisherspooner należy zatem postrzegać jako duet muzyczny, grupę performerów czy może projekt artystyczny?

Myślę, że jesteśmy wszystkim po trochu. Obydwaj wywodzimy się z nowojorskiego środowiska artystycznego. Zawsze interesowała nas muzyka, ale też performance, taniec współczesny, wideo, malarstwo. Poza wydawaniem płyt robimy wiele innych rzeczy z przyjaciółmi. Nawet ostatnio przez pewien czas dorabiałem sobie jako model na pokazach znajomych i poważnie rozpatrywałem kontynuowanie tej kariery. Mówiłeś o tym, że ostatnio słuch o nas zaginął. Tymczasem z Fischerem współpracowaliśmy z Wooster Group przy adaptacji „Hamleta”, mieliśmy wystawę w Brukseli, a do tego zrobiliśmy trzy płyty m.in. z muzyką new age i ze spoken word.

Jak w takim razie należy rozumieć tytuł waszego najnowszego albumu „Entertainment”? Ironizujecie z rozrywki czy też chcecie ją podnieść do poziomu sztuki?

Raczej staramy się szukać związków między sztuką a rozrywką. W historii muzyki jest wiele takich przykładów – ostatnio rozmawialiśmy chociażby o fenomenie Roxy Music. Dziś mamy nieco inne czasy, granica między rozrywką a sztuką, pop a eksperymentem jest płynna. Wiesz, możesz zrobić nowatorską reklamę, sprzedać ją jakiemuś koncernowi, zobaczą to tysiące ludzi i dostaniesz sporo kasy. Wszystko zależy od kontekstu – czy wystąpisz w małej galerii czy na wielkim festiwalu, w klubie czy w teatrze, twoją piosenkę zagra niezależna rozgłośnia czy komercyjne radio. Trzeba umieć przełamywać te podziały – sztuka jest elitarna, a rozrywka dla mas. Nam udało się dotrzeć z naszymi działaniami artystycznymi do różnych środowisk.

A jak teraz, kiedy obserwujecie sukcesy Tiga, grupy Scissor Sisters czy ostatnio MGMT, widzieć, jak utorowaliście im drogę do kariery?

Na to pytanie trudno mi odpowiedzieć, bo większość z tych artystów znam osobiście i daleki jestem od takich sądów. Łatwo jest ich wrzucić do tego samego worka z nami, bo podobnie myślą – dbają o oryginalny wizerunek, inspiruje ich współczesną moda i pop-art. Z rozmów z nimi wiem jednak, że łączy nas wiele wspólnych zainteresowań, ale tak każdy robi swoje. Na przykład członkowie Scissor Sisters opowiadali nam, jak pod wpływem pierwszego występu Fischerspoonera postanowili założyć zespół. Kiedy oglądamy ich kolorowe występy, które mają rockową energię i szaleństwo w stylu disco, to nie mają one nic wspólnego z naszym show. U nas są tańce i muzyka z playbacku. Tak więc schlebiają nam wszelkie tego typu porównania, ale nie mamy monopolu na sztukę.

Wiesz, że wasz zeszłoroczny występ w Polsce wywołał spore kontrowersje. Wiele ludzi poczuło się oszukanymi tym, co zobaczyli na scenie. Co planujecie tym razem?

Nie chcę na razie zdradzać szczegółów, bo projekt jest wciąż w fazie rozwoju. Punktem wyjścia do niego jest niezrealizowane przedsięwzięcie „Between Worlds” z Wooster Group. Chodziło nam o wypracowanie nowej formuły między teatrem i komercyjnym show, w którym połączymy konwencję science fiction z lat 60. i tańce m.in. kabuki i flamenco. Specjalnie na te potrzeby powstał m.in. kapelusz świetlny, który pojawia się na okładce płyty. Na przeszkodzie w pełnej realizacji pomysłu wciąż stoją możliwości finansowe – jak przewieźć dekoracje, ilu ludzi zabrać. W takich momentach uświadamiamy sobie, jak trudno jest istnieć między światem sztuki i show-biznesu, jak realizować swoje wizje artystyczne, kiedy dla organizatorów liczy się przede wszystkim zysk. Takie ograniczanie możliwości i cięcie kosztów wpływa jednak na nas inspirująco.