Placebo "Battle For The Sun"

Wyd. Isound 2009

Ocena 3/6

p

Po wydaniu świetnie przyjętego przez krytykę „Meds” trzy lata temu, dziś Placebo za wszelką cenę pragnie odnaleźć nową formułę dla swojej muzyki. Wspomniany „Meds” przez wielu uważany jest na najbardziej spójne dzieło Placebo – zespołu, który nagrywał w przeszłości bardzo różne i nierówne albumy, często ocierając się o parodię samych siebie. Wszystko przez frontmana, którego nadmierna egzaltacja i skłonność do epickiego rozmachu często odstraszała większość słuchaczy, którzy zdążyli już skończyć liceum.

Szczęśliwie „Battle For The Sun” nie jest niekończącą się dramatyczną tyradą i Placebo w końcu trochę się wyluzowali. No właśnie – trochę. Bo choć nie ulega wątpliwości, że zespół ma dziś zdecydowanie świeższe brzmienie, na ogólnym poziomie nic się nie zmieniło. Jak każdy album londyńczyków i ten można podsumować hasłem: „kilka dobrych numerów otoczonych morzem bardzo przeciętnych”. To jeden z tych powierzchownych faceliftingów, które z czasem i tak odsłonią niechciane zmarszczki – vide ostatni album U2.

Na „Battle For The Sun” Brian Molko i spółka również proponują nam głównie zmiany formalne i powierzchowne. Jest nowy perkusista (Steviego Hewitta po ponad dekadzie bębnienia w Placebo od zeszłego roku zastępuje 22-letni Steve Forrest), a za produkcję odpowiada Dave Bottrill (znany m.in. ze współpracy z Tool).

Efekt? Bezpieczne eksperymenciki w warstwie aranżacyjnej, takie jak użycie sekcji dętej w „For What It’s Worth”, dance’owy początek „Julien”, okraszonego sekcją smyków w refrenie, czy hymniczne zaśpiewy na początku „Ashtray Heart” (nawiasem mówiąc, tak właśnie nazywał się zespół Molko na początku kariery w połowie lat 90.), które bardziej niż z gotyckim rodowodem grupy, kojarzą się z niedawnymi dokonaniami Franz Ferdinand. Nie wspominając o tym, że Molko chwilami przypomina tu Neila Tennanta z Pet Shop Boys. Co oczywiście cieszy, bo tradycyjnie jęczący na tę samą modłę wokalista w tym nowym kontekście brzmieniowym wydaje się nieco bardziej znośny, szczególnie że nowy bębniarz grupy naprawdę dodał jej wigoru.

Choć fanom zespołu zapewne wyda się to herezją, największym problemem Placebo jest dziś paradoksalnie Molko. Nie ulega wątpliwości, że dysponuje on jednym z najbardziej charakterystycznych głosów w branży, ale sprawdza się on tylko w zwartych, oszczędnych kompozycjach – a te tradycyjnie na płytach angielskiego tria są w mniejszości. Za każdym razem, kiedy Molko zaczyna jęczeć, nie mając pomysłu na melodię, każdy numer, choćby nie wiem jak zaawansowany brzmieniowo, nie ma szans – musi ulec dwudziestu tonom weltschmerzu. Takie sztampowe melodycznie utwory, jak „Breathe Underwater”, „Kings Of Medicine” czy „Bright Eyes”, są do zniesienia tylko przez niedojrzałych emofanów zespołu, dla których trupi makijaż frontmana jest najwyższą formą młodzieńczego buntu.

Tak naprawdę nie zmieniło się więc nic – jak w przypadku poprzednich płyt Placebo i ta nowa byłaby znacznie lepsza, gdyby była o połowę krótsza, a Molko nie traktowałby samego siebie aż tak poważnie.