Elvis Costello "Secret, Profane and Sugarcane"

Wyd. Universal 2009

Ocena 5/6

p

Tak się składa, że wielcy żyjący amerykańscy twórcy – najlepsi poeci rocka, ale i artyści niezależni – nagrywają coraz lepsze płyty. Bill Calahan, William Oldham, Tom Waits czy Elvis Costello uosabiają największy paradoks świata muzyki: są legendami, mimo że pozostają konsekwentnie w nurcie osobnym. Cała ich spuścizna wyrasta z prostych piosenek z akompaniamentem gitary, którymi nie zdobywają list przebojów, a jednak są głosem Ameryki. Co prawda Costello to rodowity londyńczyk i nie ma chyba chęci na intymną wyprawę do źródeł pamięci zbiorowej Ameryki, ale i tak „Secret, Profane and Sugarcane” sięga mocno do jej korzeni oraz historii samego Costello.

W 1981 roku Costello, jeden z czołowym zwolenników amerykańskiego punk rocka i nowej fali, nagrał przedziwną płytę będącą ukłonem w stronę obśmiewanej przez nowojorskich artystów sceny country. „Almost Blue” kapitalnie zanurzała się w atmosferze rdzennych brzmień Ameryki i gdyby nie pełne poezji, gęste od emocji teksty Costello, zapewne rzesze fanów artysty porzuciłyby punka dla country. Po trzech dekadach artysta powraca do „muzyki duszy i ziemi”, ale w quasi-akustycznej „Secret, Profane and Sugarcane” próżno szukać dworskich hołdów dla „zasłużonych” piosenkarzy country. Wprawdzie i oni dość licznie zaludniają ten album (Emmylou Harris w „The Crooked Line”, producent T-Bone Burnett czy piosenkarz Jim Lauderdale), ale jeśli ktoś liczy na piknik w Mrągowie, to się zawiedzie. Bo Costello nagrał ten krążek, by oddać ducha epoki, w której style, barwy i wpływy różnych kultur przenikały się i tworzyły harmonijny miks, inny od współczesnych stylistycznych kolaży w rodzaju country popu, neo folku czy americany. Sięga do tradycji Cajunów, do kołysanek, ballad i walców z Luizjany, ale i bluegrassowych melancholijnych zaśpiewów. Łączy country z połowy lat 80. z tradycyjnym instrumentarium (skrzypce, mandolina, akordeon, dobro) i jak zawsze kapitalnymi tekstami, jednymi z jego najlepszych.

W sentymentalnych balladach i epickich piosenkach upodabnia się momentami do Toma Waitsa, także opisującego część ciemnej, tragicznej historii kraju demokracji i równości, ale i ojczyzny plantatorów wyzyskiwaczy, handlarzy niewolników, morderców. Lecz gdy pieśni Waitsa tkwią gdzieś między dosłownością, knajpianą melancholią i grozą, Costello i zespół odsyłają słuchacza do krainy pastiszu i częściej – autentycznej liryki, jak w „My All Time Doll” („Me usta poznały smak okrucieństwa, oczy wypełnia piekący ból”).

Mimo tych ewidentnie kowbojskich inspiracji płytę przepełnia duch niepożytej punkrockowej energii Elvisa, kameralnej poetyckości i operowego dramatyzmu (napisane wespół z Lorrettą Lynn „She Handed Me a Mirror”) i – jak zawsze – zjadliwej ironii („Hidden Shame”, oryginalnie skomponowana dla Johnny’ego Casha). I radosne przeświadczenie samego Costello, że tej muzyki i jego samego czas się w zasadzie nie ima.