Roy Ayers: Jeszcze nie idę na emeryturę!
Mówią o nim król neo-soulu i pionier acid-jazzu. Podziwiają go Erykah Badu, Gilles Peterson, a nawet Quentin Tarantino. 69-letni wibrafonista Roy Ayers to żywa legenda jazzu - po raz pierwszy zobaczymy go na żywo w Szczecinie 18 lipca, w drugim dniu festiwalu Boogie Brain.
- Roy Ayers rozpalił festiwal Boogie Brain
- Garść wspomnień z Jazzu na Betonowcu
- Antoni Gralak zagra "Jazz na Betonowcu"
- Filmowy zawrót głowy na Boogie Brain
- Szczeciński festiwal walczy o europejską nagrodę
Pogoda
POLSKA
Czwartek 2012-02-16

temp. min -13°C max. 2°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Przyjeżdżasz do Polski na festiwal muzyki klubowej – bardziej odpowiada ci towarzystwo młodych didżejów niż jazzowych weteranów?
Roy Ayers: To znaczy pytasz mnie, czy sam czuję się weteranem? (śmiech) Myślę, że jak zobaczysz mnie w akcji, to nie będziesz miał żadnych wątpliwości, że ten festiwal to jest dla mnie najwłaściwsze miejsce. Wciąż czuję się młodo – cały czas nagrywam płyty, współpracuję z młodszymi muzykami i nie wybieram się na emeryturę. Mój wiek może jedynie gwarantować większe doświadczenie, a nie świadczyć o zmęczeniu muzyką.
Rozumiem, ale chodziło mi bardziej o to, że masz biografię rasowego jazzmana, ale to artyści hip-hopowi i elektroniczni zapewnili kilka lat temu renesans twojej twórczości!
Ale to naturalna kolej rzeczy – starsza publiczność jazzowa mnie już dobrze zna, teraz przyszło kolejne pokolenie, które zaczęło odkrywać moją muzykę i wymyślać na nią przedziwne nazwy. Pamiętam, jak popularny brytyjski didżej i prezenter radiowy Gilles Peterson powiedział mi, że jestem „królem acid-jazzu”. Najpierw się obraziłem – myślałem, że chodzi mu o to, że biorę narkotyki i gram jazz. Potem dopiero wytłumaczył mi, że chodzi raczej o muzykę, która wżera się w mózg jak kwas. (śmiech) W każdym razie dzięki niemu i jeszcze kilku innym osobom moja muzyka znów trafiła do obiegu.
p
Dzierżysz jeden z niekwestionowanych rekordów wydawniczych – masz ponad 90 albumów na koncie. Które z nich uznajesz za kluczowe w swojej karierze?
To trudne pytanie, bo właściwie każda płyta była dla mnie równie ważna – tzn. ma swoje miejsce i czas w mojej historii. Patrząc z perspektywy czasu, na pewno wczesne albumy z zespołem Ubiquity otworzyły mi drogę do bardziej eklektycznych brzmień. To również z nim nagrałem np. największy przebój „Everybody Loves The Sunshine”. Warto też sięgnąć po głośną ścieżkę dźwiękową do filmu „Coffy”, której podobno wielbicielem jest sam Tarantiono. Ale obok tych wszystkich wydawnictw dla wytwórni Polydor, w latach 70. cały czas pracowałem jak szalony, spędzałem całe dnie w studiu i nagrywałem po trzy albumy rocznie. Wiele z tych rzeczy niestety trafiło na półkę i dopiero ostatnio ukazały się na specjalnej dwuczęściowej kompilacji „Virgin Ubiquity”.
























































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!