Florence and the Machine "Lungs"

wyd. Universal 2009

Ocena 5/6

p

22-letnia Florence Welch to prawdziwie ekscentryczna postać. Wychowana na muzyce religijnej, soulu i rocku tkwi w artystycznym chaosie i dekadenckiej nostalgii. Ale to jedynie pozory, precyzyjnie zbudowany wizerunek łączący image rozmarzonej dziewczyny z epoki dzieci kwiatów i przebojowej ikony młodzieżowej muzyki nowego tysiąclecia. Jej debiutancki album usuwa w cień wszystkie płyty nowych synthpopowych księżniczek (Lady Gaga, La Roux, Little Boots, Bat for Lashes). Na „Lungs” słychać smyczki, fortepian i perkusję, ale przede wszystkim ksylofony, harfę, anielskie chóry i syntezatory – niczym w soundtracku do bajki, w której wróżka Flo wyciąga jak białe króliki z kapelusza kolejne cuda: dźwięki kościelnych dzwonów, gospelowe zaśpiewy, soulowe refreny i prawdziwie rockowy rozmach.

W odróżnieniu od koleżanek Flo nie imituje folkowej stylistyki ani nie przerabia dyskotekowych bitów, za to prowadzi nas krętą drogą własnych brzmień. Nie są one stuprocentowo oryginalne, bo znajdziemy w nich tropy Kate Bush, Fleetwood Mac i The White Stripes, ale na szczęście Flo potrafi wszystkie te wpływy inteligentnie skanalizować w przebojowy, a zarazem ambitny pop. Rockowej dynamiki dodaje mu zespół The Machine, z którym Florence pracuje już od kilku lat.

Z Kate Bush łączy Florence coś więcej niż oryginalna uroda czy pomysły na eklektyczne instrumentarium: rozpędzająca się kariera Flo zaczyna przypominać drogę Bush, której sławę i nagrody w wieku 20 lat przyniósł singel „Wuthering Heights”. Dowód? Florence and The Machine są głównymi pretendentami do tegorocznej Mercury Prize, a wokalistka już rozmyśla nad kolejnym albumem. Na „Lungs”, podobnie jak na pierwszej płycie Kate Bush „The Kick Inside” (1978), próżno szukać słabych punktów. To nie tylko precyzyjnie zaplanowany zestaw muzycznych paradoksów, ale też znakomicie wyprodukowany krążek, nad którym opiekę sprawował m.in. Paul Epstein (Maximo Park, Kate Nash, Bloc Party). Dzięki niemu harfy i smyczki w zderzeniu z głosem Florence mają tu taką przestrzeń brzmienia jak ogromna orkiestra symfoniczno-rockowa.

b

b

Welch może się też popisać świetnymi, cynicznymi tekstami, w których zapewnia nas, że pocałunek pięści jest czasem lepszy niż nic. A nad słowami i wokalem Florence są kompozycje. „Rabbit Heart (Raise It Up)”, porywające „Hurricane Drunk”, „Howl” czy hipnotyzujące miarowym rytmem bębnów „Blinding” przedzierają się do masowej wyobraźni zdominowanej przez cukierkowe przeboje. Trudno nie ulec tej smutno-pięknej hybrydzie dźwięków, w której dobry pop łączy się ze świetnym songwritingiem, skupionym na osobistych przeżyciach Florence. – „Lungs” jest jak szkic do podsumowania 22 lat mojego życia – deklaruje autorka w wywiadach. – Są tam wszyscy ludzie, których spotkałam i muzyka, która mnie ukształtowała. Właściwie nie chciałam kończyć tej płyty, ale musiałam zamknąć pewien etap w życiu, żeby móc zacząć pisać... kolejne szkice – mówi Flo.

I może taki szkic jest lepszy od wystudiowanych dźwięków, wyprodukowanych w komputerach speców od muzyki tanecznej. Bo począwszy od dynamicznego intro „Dog Days Are Over” po ryzykowny cover Candi Stanton „You’ve Got the Love” Florence udaje się stworzyć coś na kształt euforycznego, ale bardzo przekonującego pamiętnika kobiecości. Dość powiedzieć, że na Wyspach cały nakład płyty rozszedł się na pniu w ciągu tygodnia od premiery. „Lungs” to płyta kilku hitów, ale też płyta o wielkim smutku i goryczy rozstania.