Właśnie skończył pan nagrania z Orkiestrą Concertgebouw pod dyrekcją Jerzego Semkowa. Postawił pan na pewniaki?

Rafał Blechacz: Wyboru dokonałem już dwa lata temu, ale trzymałem go w tajemnicy, by niespodzianka była tym większa. Orkiestra Concertgebouw zachwyciła mnie przede wszystkim swoim "aksamitnym" brzmieniem – miękkim i ciepłym, ale kiedy trzeba także nasyconym. Ci muzycy są bardzo elastyczni i w zmiennych, improwizowanych tempach chopinowskich sprawdzają się znakomicie. Już po pierwszym zetknięciu z Orkiestrą Concertgebouw w Amsterdamie (grałem wtedy koncert II fortepianowy Saint-Saensa) uświadomiłem sobie, że z tym legendarnym zespołem koncerty Chopina brzmiałyby wyjątkowo! Słuchałem już nagranego materiału i jestem bardzo zadowolony – poszczególne partie orkiestry brzmią jak małe arcydzieła. W sierpniu wyjeżdżam do Hamburga, by zająć się produkcją płyty, która będzie gotowa we wrześniu.

A nie kusiło pana, by, jak wcześniej Krystian Zimerman i Piotr Anderszewski, sięgnąć po dyrygencką batutę?

Już jako dziecko marzyłem, by zostać pianistą, a kolejne lata i doświadczenia tylko utwierdzały mnie w tym wyborze. Nie widzę jednak sprzeczności pomiędzy uprawianiem różnych muzycznych profesji. Dopiero w XX wieku dominująca stała się tendencja do radykalnej specjalizacji. Wcześniej bycie muzykiem oznaczało najczęściej biegłą grę na kilku instrumentach, umiejętność dyrygowania, a także doświadczenia kompozytorskie. Dziś możemy obserwować stopniowy powrót do tej tradycji. Coraz więcej solistów, chociażby Krystian Zimerman, decyduje się na dyrygowanie zza instrumentu. Nie ukrywam, że perspektywa kierowania wielkim zespołem jest bardzo kusząca. Z autentyczną fascynacją przyglądałem się pracy maestro Semkowa. Ale na razie poświęcam się całkowicie fortepianowi, a w jakim kierunku podąży moja kariera – czas pokaże.

Podczas pracy nad Preludiami Chopina słuchał pan m.in. mistrzów rosyjskich. Wywarli oni jakiś wpływ na pana interpretacje koncertów?

Owszem, jestem pod ogromnym wrażeniem "szkoły rosyjskiej" profesora Neuhausa. Występ w sali koncertowej Konserwatorium Moskiewskiego należał do najbardziej stresujących, ale też wzruszających momentów w mojej dotychczasowej karierze – przede mną byli tam przecież Rubinstein, Richter, Gilels, ale też Gould. Nie widzę powodu, aby na siłę wpisywać się w jakąś tradycję czy szkołę. Najważniejsze w interpretacji wydaje mi się trafne odczytanie idei kompozytora zapisanej w partyturze; na drugim miejscu jest własna intuicja, która pozwala zrozumieć to, co ukryte pomiędzy nutami. Własna, a nie typowa dla regionu czy epoki historycznej. Przecież Krystian Zimerman, do którego tak często bywam porównywany, także pochodzi z naszego zakątka Europy, a jednak niewiele łączy go ze wschodnioeuropejskim stereotypem. Wydaje mi się zresztą, że wiele współczesnych interpretacji muzyki wybitnego polskiego kompozytora cierpi właśnie przez nadmiar romantycznego, "słowiańskiego" typu ekspresji. Wyjaśnię jeszcze, że po cudze nagrania sięgam zazwyczaj wtedy, gdy mam już w myślach gotową wizję danego utworu – i raczej po to, by się w niej utwierdzić, niż jej zaprzeczyć. Oczywiście w przypadku chopinowskich koncertów – utworów szczególnie popularnych – takie zewnętrzne inspiracje stają się prawie nieuniknione. Od dziecka słuchałem całej masy nagrań i uzbierałem sporą kolekcję. Najbliższe są mi chyba interpretacje Rubinsteina, ale nie te młodzieńcze – pełne spontaniczności i temperamentu, lecz te pochodzące z końca jego kariery – pełne głębokiego skupienia i pracy nad wydobyciem pięknego dźwięku.

W Amsterdamie i wielu innych muzycznych metropoliach ma pan już stałą publiczność. Gdzie najbardziej lubi pan występować?

Chyba w Niemczech, które mają jedyną w swoim rodzaju tradycję kultywowania sztuki muzycznej. Myślę o pięknych i wyśmienitych akustycznie salach, ale też o wyjątkowo wyrobionej publiczności. Wieczorny koncert stanowi tu prawdziwe święto: wszyscy są odświętnie ubrani, słuchają w nabożnym skupieniu. Nie muszę dodawać, że genialnie wpływa to na kondycję samego wykonawcy. Oczywiście uwielbiam też występować w Polsce, przed swoją "pierwszą publicznością", która zawsze przyjmuje mnie bardzo serdecznie. Miłym i niecodziennym doświadczeniem było wspięcie się mojej pierwszej chopinowskiej płyty na szczyty popowych list przebojów. W 2008 roku zostałem nawet zaproszony na festiwal Top Trendy, gdzie miałem wystąpić obok takich wykonawców jak Doda czy Feel. Termin pokrywał się jednak z moją drugą sesją nagraniową dla Deutsche Grammophon.

Kiedy usłyszymy i zobaczymy pana w Polsce?

W Roku Chopinowskim będzie ku temu wiele okazji, co bardzo mnie cieszy. 22 lutego, a więc w rocznicę urodzin Chopina, wystąpię z Orkiestrą Filharmonii Narodowej pod dyrekcją Antoniego Wita. Potem moje interpretacje koncertów fortepianowych przedstawię w większości dużych miast.

A nie czuje się pan więźniem statusu "pianisty Chopinowskiego"?

Zdecydowanie nie, w czym utwierdzają mnie entuzjastyczne reakcje publiczności na moje interpretacje klasyków wiedeńskich, Liszta czy Debussy’ego. Tak naprawdę Chopinem zająłem się na poważnie dopiero kilka lat przed konkursem. Wcześniej najwięcej uwagi poświęcałem muzyce Haydna, Mozarta i Beethovena, do której z wielką radością powróciłem na swoim drugim albumie. A, jeśli pyta pan o płytę z koncertami fortepianowymi Chopina, była to moja własna, świadoma decyzja podyktowana chęcią uczczenia dwusetnej rocznicy urodzin kompozytora. Zresztą na kolejnych dwóch albumach zamierzam sięgnąć po zdecydowanie późniejszy repertuar solowy, ale na razie wolałbym nie zdradzać szczegółów.