Łatwo je naśladować i jeszcze łatwiej sparodiować, jak robią to twórcy popularnych programów komediowych, autorzy blogów (amerykański guru plotki Perez Hilton) czy zabawnych przeróbek na YouTube.com. A niedawno ich sukcesy były triumfem popu nad szlachetną klasyką: żaden tenor czy sopranistka, nawet obdarzona 5-oktawową skalą głosu, nie byliby w stanie zdobyć sześciu nominacji do nagród Grammy rok po roku ani sprzedać kilkudziesięciu milionów płyt w ciągu kilku lat, jak uczyniła to Carey.

Niestety, w czasach gdy niezły album pop można wyprodukować na domowym komputerze, a w telewizyjnych castingach do „Idola” wybitnych głosów jest na pęczki, artystki pop muszą obmyślać strategię przetrwania. I to czynią zarówno Mariah Carey, jak i Whitney Houston, bo tak się składa, że obie wydadzą za chwilę płyty, i to prawie jednocześnie. 2010 będzie więc rokiem prawdy dla dwóch wielkich amerykańskich wokalistek. Która wygra starcie na krążek? To będzie wybór między średnim a słabym albumem, ale pojedynek diw odbędzie się w szczególnym momencie. Na kryzys w branży i widoczne po śmierci Michaela Jacksona braki na rynku śpiewających sław nakładają się osobiste problemy tych gwiazd. Pierwsza z nich przeżywa największe załamanie w karierze, druga, powracając po siedmiu latach przerwy, musi wskoczyć na dawną pozycję jednej z największych diw popu. Łączy je to, że obie mają spore kłopoty z głosem.

Mariah, pragnąc odkleić się od wizerunku koktajlowej sukni i ballad, nagrała album będący perfekcyjnym zlepkiem krążków Rihanny, Britney Spears i Keri Hilson. Zapragnęła tego, co najpopularniejsze, ale starając się odejść od popisowych wokaliz i ballad, z którymi była kojarzona, na rzecz oklepanego auto-tune’a (charakterystyczny roboci wokal), nowoczesnego R’n’B i połamanych brzmień, przesadziła. Jej głos przesączony przez voocoder w ogóle nie przypomina głosu Mariah. Promujący płytę „Memoirs of an Imperfect Angel” singiel „Obsessed” walczy na listach przebojów, ale wokal, dzięki któremu obwołano ją „The Voice”, brzmi płasko. Na płycie nie ma już dawnej Carey – został tylko produkt, który menedżerowie artystki zdecydowali się dodawać do ekskluzywnych egzemplarzy miesięcznika „Elle”.

Amerykanka oczekująca z napięciem na premierę płyty rywalki, Whitney Houston, przełożyła premierę swojego krążka o kolejny miesiąc. Stało się to po tym, jak producent albumu Mariah udał się na przesłuchanie płyty tej drugiej. Ostatnie ruchy managementu artystki wskazują jasno, że wydawca obawia się powtórki porażki albumu „E=MC2”. Gdy największy przebój z tego albumu, „Touch My Body”, a po nim singiel „Goodbye” ledwo zmieściły się w pierwszej dwudziestce notowań w USA, producent płyty Mariah robił dobrą minę do złej gry. Gdy reszta utworów nie zaliczyła nawet obowiązkowej czołówki (pierwsza czterdziestka) wiadomo już było, że można mówić o klęsce. Dla Mariah to już drugi kryzys w karierze – wyczucie straciła już po komercyjnym sukcesie albumu „Glitter” (2001).

W tej sytuacji prawdopodobnie zatriumfuje Whitney Houston. Nagrany po 7-letniej przerwie siódmy studyjny album artystki „I Look to You” jest chwalony na lewo i prawo. Płyta Whitney to nie tylko ukłon w stronę dawnych fanów wciąż pamiętających sukcesy wokalistki w latach 80. i 90. (Whitney ma na koncie 170 milionów sprzedanych krążków), lecz także sprawnie zaaranżowany, nowoczesny krążek. A na nim kawałki takie jak „I Look to You” – stoickie ballady zakorzenione w konwencji jej dawnych hitów, oraz „I Will Always Love You”. Dodajmy do tego dobre kompozycje, oszczędne klawisze i smyczki pozwalające emocjom Whitney płynąć oraz szczerość emanującą z tekstów i wiemy już, że album pozwoli jej wrócić. Narkotyki i alkohol zostawiły na głosie Whitney ślad, którego nie da rady zmienić studyjnymi poprawkami, ale producenci albumu chyba nie chcieli pudrować 46-letniej gwiazdy. „I Look to You” to symbol powrotu głosu Whitney Houston, artystki, której kariera zapoczątkowała sukcesy innych diw popu.

Cel został osiągnięty: krążek wprawdzie nie powali na kolana wielbicieli nowatorskich brzmień R’n’B, odświeżonego synthpopu ani brzmień tanecznych, ale jest dowodem na to, że powroty w świecie popu są możliwe. Pokazuje także, że najważniejsze to mieć własny styl. Whitney obrała dobrą strategię: fani kochają upadłe anioły, które wracają do gry w show-biznesie. Cenią wielkie głosy i cenią umiejętność publicznego przyznania się do porażki. Jej album pewnie nie odzyska dla Houston ani ułamka popularności, jaką cieszyła się w latach 90. Być może także trudno będzie wywindować go na szczyty list. Ale to nie szkodzi – jak widać, trzeba tylko z godnością umieć stanąć na nogi.

Dla Mariah Carey z kolei nadszedł najtrudniejszy rok w karierze, od którego zależy, czy nie odwrócą się od niej fani – a oni mają już dość eksperymentów diwy, która ostatnio zajmuje się tylko dogryzaniem Eminemowi. Na domiar złego jej występ na pogrzebie Michaela Jacksona został odebrany jako promocja singla „Obsessed”, który ukazał się w dniu gali pogrzebowej. Gdy dodać do tego głosy krytykujące kondycję wokalną Mariah (nawet koncert dla uczestników programu „America’s Got Talent” określono w prasie jako średnio udany), widać, że piosenkarka musi przeformułować strategię i zmienić wizerunek – oby jak najdalej od Britney Spears i Madonny. Tylko czy Mariah będzie chciała kolejnych zmian?