Biorąc pod uwagę ponad cztery lata przygotowań oraz miliony funtów wydanych na studio i specjalistów - akcja pod hasłami „The Beatles In Mono” i „The Beatles Stereo Box Set” to bezprecedensowe wydarzenie. Jak mówi Allan Rouse, specjalista ze studia Abbey Road od projektów związanych z The Beatles: "Mieliśmy w rękach święty Graal, więc nie liczyły się koszta, tylko efekt naszej pracy".

To on dowodził siedmioosobową grupą inżynierów dźwięku, którzy przez dwa tygodnie, kawałek po kawałku siedzieli nad każdym z dwunastu albumów. Przenosili materiał z taśm mono na komputer, usuwali szumy i błędy, podnosili głośność i poprawiali jakość w stereo. Wszystko odbyło się z wykorzystaniem najnowszej technologii, więc nie było to zwykłe reamsterowanie na kompakty jak w przypadku płyt z 1987 roku. Tym razem chodziło naprawdę o przeniesieni muzyki The Beatles w XXI wiek, dostosowanie jej do współczesnych norm brzmieniowych oraz warunków dystrybucji w internecie, na odtwarzacze mp3 oraz na użytek gier komputerowych.

Dwa kroki w przód

Jak zwykle w przypadku Fab Four, warto przyjrzeć się temu przedsięwzięciu w szerszym kontekście niż tylko muzycznym. W końcu wpływ grupy nie ograniczył się tylko do ponadczasowych melodyjnych piosenek, które śpiewali wszyscy - od Hendrixa, Sinatry, Elli Fitzgeralda, przez Michaela Jacksona, Prince, Bowiego, po Nirvanę, Oasis czy wreszcie Arctic Monkeys i MGMT. Jej wielkość miała co najmniej trzy wymiary - artystyczny oraz kulturowy i technologiczny.

Pierwszy z nich muzycy pokazali już na początku swojej kariery. Jako jeden z niewielu zespołów w latach 60. nie dość, że sami pisali swoje utwory, to mieli w składzie trzech kompozytorów i czterech wokalistów. Dzięki temu wyrastali z tradycji rock’n’rolla i od pierwszego albumu „Please Please Me” przez trzy kolejne powoli przerastali Elvisa - wypracowali własny styl w aranżacjach instrumentów i harmoniach głosów. Ten okres uważa się też za najważniejszy pod względem kulturowym, kiedy „beatlemania” rozprzestrzeniała się poza Wyspy Brytyjskiej i dała poczucie wolności obyczajowej pierwszemu pokoleniu młodzieży dorastającej po wojennych traumach. A w kolejnych latach moda ta zaczęła iść w parze m.in. z rozwojem ruchu hippisowskiego.

Od połowy lat 60. na „Rubber Soul” i „Revolver” grupa wkroczyła w etap, w którym działalność artystyczny zaczęła iść raczej w parze z postępem technologicznym. Z jednej strony Harrison ulegał coraz większej fascynacji muzyką orientalną, nauczył się grać na sitarze, a Lennon i McCartney poszerzali swoje horyzonty muzyczne i rozbudowywali warsztat kompozytorski i instrumentalny. Z drugiej jako pierwsi docenili rolę producenta muzycznego George’a Martina, który zaczął im podsuwać kolejne nowinki studyjne, pozwolił na pierwsze eksperymenty z taśmami i próbkami dźwięku oraz używanie do nagrywania najpierw czterech, a potem ośmiu kanałów.


Jak dostrzegają specjaliści - w ciągu zaledwie trzech lat muzycy wykonali rewolucyjny skok od prostego „Twist and Shout” do kultowego „Tomorrow Never Knows”. Natomiast na kolejnych przełomowych dziełach „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” i „White Album” wykorzystywali swobodnie partię orkiestrowe, instrumenty akustyczne, elektryfikowane, wiele głosów i liczne przeszkadzajki, czyli cały ówczesny arsenał studyjny. Nic dziwnego, że do dziś uznaje się ich za pionierów nie tylko współczesnego pop, ale również punkrocka, rocka progresywnego czy nawet hiphopu.

Dwa kroki wstecz

Na tę fascynację szybkim rozwojem The Beatles zwracają też uwagę zaangażowani w projekt inżynierzy dźwięku, którzy celowo rozłożyli sobie chronologicznie pracę nad remasterowaniem płyt. "Większość zespołów z reguły zaczyna i kończy dekadę w podobnym stylu" - tłumaczy Allan Rouse. - "Tymczasem po nich można było się spodziewać wszystkiego. A do tego wszystkie wydawnictwa układają się teraz w logiczną całość".

Niestety, jak się okazuje, była to zamknięta całość i po rozpadzie The Beatles, nikt nie zadbał o to, żeby rozwijać i uaktualniać dorobek grupy zgodnie z duchem czasów. Przedstawiciele Apple Corps., którzy razem z rodzinami muzyków pilnowali praw autorskich do wszystkich piosenek, najpierw trzy lata zwlekali ze zgodą na wypuszczenie całej dyskografii na kompaktach w latach 80. Potem w gorączce hiphopowej nie pozwalali samplować ani remiksować fragmentów, żeby nie naruszać integralności dzieł.

A w tej dekadzie wbrew czasom wydali bestsellerową składankę singli „#1”, wznowili „Let it Be (Naked)” oraz udzieli praw do kiepskiego musicalu „Love” w Las Vegas czy filmowe produkcji „Across the Universe”. Chroniąc interesów ich i swoich, przeciwstawili się dawnym pop-artowskim aspiracjom muzyków. A ta twórczość dawniej uznawana za rewolucyjną, stał się dla młodszych pokoleń symbolem konserwatyzmu. Efektem jest dzisiaj taki, że The Beatles pozostają jednym liczącym się zespołem, którego piosenek nie można kupić w serwisie iTunes i ściągnąć leganie na odtwarzacz mp3!

Dlatego teraz bardziej niż kolejny boks z cała dyskografią na CD i winylach, dodatkowe krążki „Past Masters”, filmiki na DVD oraz eleganckie książeczki, nadzieję na zmianę tej sytuacji budzi informacja o poszukiwaniu własnego sposobu sprzedaży plików w internecie oraz wydanie gry „The Beatles: Rock Band”. To kontynuacja popularnej serii „Gitar Hero”, która pozwali na zagranie na konsoli ulubionych utworów The Beatles na gitarze, basie, perkusji czy nawet zaśpiewanie. Z inicjatywą przekazania nagrań firmie Harmonix wyszedł trzy lata temu syn George’a Harrison, a w przygotowanie poszczególnych ścieżek klasycznych instrumentów zaangażował się syn George’a Martin. Podobno gra przeszła pomyślnie test Paula McCartneya i zapowiadana jest jako największy hit konsolowy tej jesieni.

Ale, jak widać, w sprawy w swoje ręce musiało wziąć młodsze pokolenie, żeby The Beatles znów mogli stać też fenomenem kulturowym. Cała sprawa ma jednak jeszcze drugie dno. Za cztery lata upływa okres ochrony prawami autorskimi - ich właściciele muszą zatem odświeżyć wszystkie nagrania i sprzedać w nowej formie, żeby mieć nad nimi kontrolę na kolejne 50 lat!