Tegorocznego występu w Polsce na Open’er Festival chyba nie możecie zaliczyć do udanych? Mieliście problemy techniczne?
Felix Buxton: Oj tak, straszna szkoda, bo publiczność jak zwykle była niesamowita. Nie wiem dokładnie, co się stało, ale padł nam komputer. Możliwe, że była to kwestia zasilania. Przecież wcześniej na scenie też nie chciał działać mikser przywieziony przez Arctic Monkeys. W każdym razie, nie poddaliśmy się i zagraliśmy koncert, który w połowie był didżejskim setem. Puściliśmy „Billie Jean” Michaela Jacksona, potem jeszcze „Bonkers” z Dizzeem Rascalem... Tragedii nie było, bo potrafimy sobie poradzić nawet w takich sytuacjach. Ale na pewno nasi słuchacze zasługiwali na znacznie więcej.

Jesteście już weteranami klubowymi, przypominasz sobie inne równie spektakularne wpadki?
Wiesz, staramy się ich raczej unikać (śmiech). Problemy z nagłośnieniem i ze sprzętem zdarzały nam się na początku kariery, kiedy grywaliśmy w małych, nieprofesjonalnych klubach. Były bójki na parkiecie, przewracanie sprzętu, zalewanie głośników alkoholem. Standard. Ale to też miało swój urok i było dla nas prawdziwą szkołą życia.

W tym roku mija dziesięć lat od czasu waszego debiutu płytowego. Nie mieliście w studiu poczucia rutyny czy bloku twórczego?
Na początku rzeczywiście było trudno. W ostatnim czasie każdy z nas miał kilka słabych momentów w życiu prywatnym i trudno było nam skomponować świeżą i radosną muzykę. W związku z tym przez kilka miesięcy siedzieliśmy w studiu i kombinowaliśmy przedziwne rzeczy. Z reguły były to utwory spokojne, lekko psychodeliczne, które mogą kojarzyć się nawet z Pink Floyd. Za kilka miesięcy chcielibyśmy je również wydać na płycie. W każdym razie, kiedy zaczęło nam brakować pomysłów, pojawiła się propozycja wyjazdu do Nowego Jorku. Mieliśmy spotkać się z Yoko Ono i kilkoma innymi artystami m.in. Santigold, Grace Jones. Kiedy już pojechaliśmy tam, robota ruszyła z kopyta.

A co to za historia z Yoko Ono? Naprawdę jest waszą fanką? Ciężko było namówić ją do współpracy?
Też byłem w lekkim szoku, kiedy wymieniła nas w jednej gazecie wśród swoich ulubionych zespołów. Co ciekawe menedżer zdradził nam potem, że dla niej muzyka zatrzymała się jakieś czterdzieści lat temu. To duże wyróżnienie, ponieważ zawsze podobała mi się jej sztuka. Szczególnie poruszały mnie jej rzeźby lodowe i wiersze w stylu haiku. Postanowiłem więc spróbować skontaktować się z nią przez agenta, żeby zrobić coś razem. Spotkaliśmy się w studiu w Nowym Jorku i zaśpiewała tekst, który dla niej napisałem. Spędziliśmy trochę czasu razem i mam wrażenie, że zaraziła nas swoją energią do dalszej pracy.

Oprócz niej na „Scars” udało wam się zebrać niezłą plejadę gwiazd - Santigold, Yo Majesty!, Sam Sparro. Można powiedzieć, że trzymacie rękę na pulsie!
Bez przesady. To raczej dowód na to, że wciąż mamy wielu fanów. To nie jest tak, że wynajmujemy sobie na każdą płytę modnych artystów, żeby ludzie chcieli nas słuchać. Podobała nam się płyta Santigold, więc spytaliśmy, czy chce do nas dołączyć. Okazało się, że od dawna słucha naszej muzyki i natychmiast była gotowa do współpracy. Podobnie zareagował Sam Sparro, którego spotkaliśmy przypadkiem w Londynie. Wpadł do nas, nagrał swoje partie i cieszył się jak dziecko. Był też dziewczyny z Yo Majesty!, które omal nie rozsadziły naszego studia. Żałuję tylko, że znów nie udało nam się dogadać z Grace Jones, bo od kilku lat robimy do niej podchody i ciągle coś nam staje na drodze.

Kiedy oglądasz magazyn „Mixmag” czy słuchacz audycji Pete’a Tonga, to kręci cię w ogóle jeszcze muzyka klubowa?
Jasne, obecne kondycja sceny klubowej jest naprawdę dobra. Jeśli chodzi o Anglię, to wciąż nie brakuje świetnych producentów i didżejów house’owych. Coraz swobodniej łączą się też różne gatunki i mieszają się ze sobą ludzie. Strasznie podoba mi się np. ten kawałek Dizzee Rascala z Calvinem Harrisem „Dance Wiv Me”. Kibicuję również dzieciakom ze sceny dubstep, debiut Buriala była niesamowity. Natomiast jeśli chodzi o inne kraje, to ostatnio najlepiej bawiłem się na imprezie w Japonii razem z grupami Bloody Beetroots i Crookers. Grają naprawdę brudne i perfidne electro, jakiego dawno się słyszałem.

To powiedz mi jeszcze na koniec: powracasz też czasem do waszych wcześniejszych płyt. Myślisz, że przy ciągle zmieniających się modach przetrwały próbę czasu?
Jasne, cały czas przecież gramy na koncertach stare kawałki i ludzie chcą się przy nich bawić. Oczywiście staramy się za bardzo nie oglądać za siebie, ale rzeczywiście przy nagrywaniu „Scars” mieliśmy taką potrzebę, żeby powrócić do pierwszej płyty „Remedy”. Znów poczuć, jak to było kiedyś, odnaleźć tę dawną energię i motywację do pracy. Myślę, że po tych dziesięciu latach nasza historia zatoczyła koło i z nowymi doświadczeniami zaczynamy wszystko od nowa.

Rozmawiał Jacek Skolimowski




Basement Jaxx "Scars"
Wyd. XL/Sonic 2009
Ocena 4/6


Czego można się spodziewać, sięgając po pierwszy lepszy album Basement Jaxx? Tanecznych szaleństw, zwariowanej żonglerki gatunkami, zaraźliwych melodii i nowych brzmień, a do tego plejady gości i produkcyjnej perfekcji. Pod tym względem piąty krążek duetu „Scars” nie zawodzi. Jest rasowy singiel „Raindrops” oparty na house’owym bicie czy popowy „What’s a Girl Got to Do?”, który powinien również trafić do żelaznego repertuaru imprezowego Basement Jaxx. A do tego rewelacyjny ragga-dancehallowy „Saga” z Santigold na wokalu i równie dynamiczny „Twerk” z udziałem nieznośnychi rapereki z Yo! Majesty, który przywołuje na myśl niezapomniane „Dance N’ Shout”.

Felix Buxton i Simon Ratcliffe znów są na czasie i nawet po dziesięciu latach grania nie widać po nich oznak zmęczenia. Chociaż może pod względem świeżości i przebojowości nie jest to dzieło na miarę przełomowego debiutu „Remedy”, ale bardziej na przyzwoitym poziomie „Kish Kash”. Z wiekiem para brytyjskich producentów poczuła też może większą swobodę muzyczną. W końcu jest tutaj przecież miejsce na sentymentalną balladę „A Possibility” zaśpiewaną przez Amp Fiddler czy soulowe „Gimme Somethin’ True”. W kategorii ciekawostki należy też potraktować utwór „Day of the Sunflowers (We March On)”, w którym Yoko Ono recytuje surrealistyczny wiersz napisany przez Buxtona. Kawał niezłej zabawy nie tylko dla klubowych emerytów!

p