"TU Warszawa" będzie rozrywką, fetą, zabawą czy też może okazją do refleksji, podsumowań, patriotycznych uniesień?

Krzysztof Materna: Chcieliśmy, aby to był koncert, który będzie manifestacją polskiej kultury muzycznej. Wydarzenie, które ma w sobie coś zacnego. Właśnie dlatego posługujemy się polską literaturą muzyczną, ważną dla nas i w tak mistrzowskich wykonaniach. Zaprezentujemy różne gatunki muzyki, ale najważniejsze jest przesłanie, którym jest polska kultura. Staraliśmy się jednak, aby koncert miał lekką formę, dostępną dla wszystkich, a jago finał, podczas którego wystąpi Tricky - miał charakter afterparty. To jest klucz tego wydarzenia: rozrywka, ale szlachetna.

Jakie zastosowaliście kryterium, dobierając zagranicznych artystów, którzy wykonają covery polskich utworów?

K.M.: Staraliśmy się, aby byli zróżnicowani. Nie ma wspólnego muzycznego mianownika pomiędzy Angie Stone, Manhattan Transfer i Michaelem Boltonem. To co ich łączy, to zawodowy światowy poziom. Podobnie jest z wykonawcami polskimi: są to nasi artyści eksportowi jak Myslovitz czy Kapela ze Wsi Warszawa, albo ważne dla nas - w sensie historii muzyki rozrywkowej i polskiej piosenki zespoły, jak np. Perfect.

Wśród piosenek, które mają wykonać zagraniczni artyści znajdą się m.in. "Moje serce to jest muzyk", "Skłamałam", "Niech żyje bal". Jak dopasowywaliście te utwory do zagranicznych wykonawców?

Wysyłaliśmy każdemu artyście po trzy propozycje. Mieli swobodę wyboru.

Wybieraliście utwory, które zna każdy Polak, szlagiery? Czy bardziej chodziło o to, by były melodyjne, aby łatwo można je było przetłumaczyć na język angielski, dopasować nową aranżację?

K.M. Zdecydowaliśmy się na utwory, które są ważne, przechodzą z pokolenia na pokolenie, są zdecydowanie rozpoznawalne. Kierowaliśmy się też estetyką artysty, sferą, w której działa. Chcieliśmy, żeby to był jego styl.

Który polski utwór zaśpiewa Angie Stone czy Michael Bolton?

K.M. Nie mogę tego ujawnić. Chcemy zaskoczyć publiczność, dać jej możliwość rozpoznania piosenki w nowym wykonaniu. Nie chcemy, aby publiczność była przygotowana na wszystko.

Koncert odbędzie się bez udziału prowadzących.


K.M. Taka formuła umożliwiła nam zaangażowanie tak wielu artystów, którzy w dużej części grają z własnymi zespołami. Będą trzy sceny. Muzyka będzie przenikać płynnie z jednej sceny na drugą. W sytuacji, w której nie ma kogoś, kto w sposób oczywisty zapowiada, co dalej będzie się działo, aspirujemy do projektu, który możemy nazwać widowiskiem, a nie - zwykłym koncertem. Do tego dołączą się wizualizacje, videomaping - to nowa technika zbliżona do 3D. Wszystkie te działania służą uzyskaniu określonego, wyjątkowego nastroju, a nie standardowych oczywistości.

Będą też filmowe impresje wyświetlane na telebimach.

K.M. Jeden z filmów to impresja na temat polskiej szkoły filmowej, przypominamy w niej polskie filmy ważne dla całego świata. Muzykę podłoży Leszek Możdżer - wykona utwory z płyty, na której nagrał kompozycje Krzysztofa Komedy, m.in. fragment kołysanki z filmu "Dziecko Rosemary" Romana Polańskiego. Wzruszyłem się, kiedy montowaliśmy ten film. Mam w pamięci jeden z festiwali Camerimage, którego laureatką została Thelma Schoonmaker, montażystka filmów Martina Scorsese. Kiedy mówiła, że zarówno dla niej, jak i dla Scorsese nasi twórcy: Munk, Wajda, Polański, byli wzorami - łza się w oku zakręciła.

Ile mieliście czasu na przygotowanie widowiska "TU Warszawa"?

K.M: Pomysł został zatwierdzony tuż przed świętami Bożego Narodzenia, a od 10 stycznia zaczęliśmy tę koncepcję urealniać np. kompletować skład artystów.

To dużo czasu na organizację takiego wydarzenia czy mało?

K.M: Mało, kiedy bierzemy pod uwagę, że polską piosenkę muszą opracować zagraniczni wykonawcy, artyści klasy światowej, którzy mają zaplanowany kalendarz zwykle na rok do przodu. To cały proces. Najpierw trzeba uzyskać zgodę twórcy, potem składane są propozycje utworów, następnie któraś z nich jest zatwierdzana, ale zostaje przecież jeszcze sprawa tłumaczenia piosenki, zaczyna się też sprawa aranżu utworu. Okres przygotowawczy bardzo się skraca.

Jakie stawialiście warunki?

K.M. Wymagaliśmy trzech rzeczy: dostosowania się do terminu, zgody na wykonanie polskiej piosenki oraz zaakceptowania warunków finansowych, nasz budżet nie był przecież nieograniczony.


Wielu artystów odmówiło? Jakie były ich reakcje na państwa propozycje?

K.M: Były bardzo różne przypadki, czasem ktoś się zgadzał, ale potem rezygnował, argumentując, że nie da rady przygotować piosenki, bo po prostu nie ma czasu. Były też nieudane rozmowy z artystami, których wymagania finansowe były nieosiągalne. Zobrazuję to tak: koncert Stinga na otwarcie stadionu poznańskiego kosztował ok. 13 mln zł. My na cały koncert wydajemy 2/3 tej kwoty.

Ma pan tremę przed piątkowym koncertem?

K.M. Mam w sobie sporo adrenaliny, bo to jest naprawdę kolosalne przedsięwzięcie. A trema? Jest, oczywiście.

Koncert jest otwarty, ale może swoją obecność zapowiedzieli panu jacyś politycy?

K.M: Byłoby miło, gdyby przyszli, połączyli się słuchając muzyki Komedy, Jana A.P. Kaczmarka, czy wspólnie nucąc "Autobiografię". To byłoby fantastyczne. Zapraszamy wszystkich. To otwarty koncert. Nie trzeba korzystać nawet z funduszu wyborczego. Mile widziani są politycy i to wszystkich opcji.

Rozmawiała Agata Zbieg