Zmarły na początku tego roku Bowie lekką ręką przekraczał granice sceny muzycznej w kierunku kina – bywał inspiracją, jak w "Idolu" Fogelmana, bohaterem dokumentów, jak chociażby w "Ziggy Stardust and the Spiders from Mars" Pennebakera czy aktorem-postacią, jak w genialnym "Labiryncie" Jima Hensona, który znalazł się w tegorocznym programie Tofifestu. Jedna z mocniejszych scen z jego udziałem, to fragment koncertu w "My, dzieci z dworca Zoo", w którym "Station to station" dla głównej bohaterki Christine F. staje się bolesnym songiem o życiu w wiecznej poczekalni. "It's too late to be late again" śpiewa Bowie w jej stronę i rozsadza złudzenia, budzi z narkotycznego snu. Czy można to zrobić kilkoma linijkami tekstu? Bowie umiał.

Toruński koncert nie poszedł w stronę eksperymentalnych wykonań czy poszukiwania nowej formy dla starych hitów. Tradycyjne, a za to bezpretensjonalne wykonania być może wyrażały respekt wobec ikony popkultury – sprawdziły się, o ile wypełniała je osobowość wykonawcy. Nie da się zapomnieć rozczulającego w autentycznym scenicznym drive'ie Tomka Makowieckiego, który jak w lunatycznym transie zaśpiewał "We can be heros" - mało jest piosenek, które tak prosto mówią o jednej z największych tęsknot Człowieka. Tymon Tymański wszedł na scenę z całym swoim rock'n'rollowym bałaganem – podpinał kable, stroił gitarę, a na koniec otworzył tekst na tablecie. Ale kiedy razem z Natalią Przybysz – wyjątkowo zachowawczą podczas koncertu – zaśpiewał "Planet Earth is blue/ And there's nothing I can do", z łatwością kupił uwagę widowni, wywołał drżenie zakończeń nerwowych.  

Wielką niespodziankę sprawiła Joanna Czajkowska-Zoń swoim brawurowym wykonaniem "Under pressure" - toruńska wokalistka, podczas koncertu zasilająca chórek, włożyła nową energię w ten absolutny evergreen z kręgu kontrkultury Bowiego. Podobało mi się to śpiewanie "po bandzie", bez kompleksu, za to z pełnym profesjonalizmem i wyszlifowanym warsztatem. Wielkie brawa!

Na koniec na ciemnej scenie zabrzmiało "Life on Mars" Brodki - która wcześniej poniosła fiasko wykonując bez pomysłu giganta "Let's dance". Punktowe światło wyciągnęło z "Życia na Marsie" hymn o odwiecznie przeżywanej samotności, która dopada we wszystkich decydujących momentach życia. Po raz kolejny udowadniając, że jest w tych czasem zaskakująco prostych i zwyczajnych piosenkach Bowiego coś, co wyszarpuje duszę, co "opowiada nam nasze własne historie", ale z dystansu, z kosmicznej perspektywy. Oby ten kosmos nigdy nas nie opuścił.