Hollywood Vampires – nie da się ukryć – to boczny projekt dla wielkich rocka oraz możliwość zrealizowania pasji przez aktora, który do końca życia będzie przez ludzkość kojarzony jako Jack Sparrow. I nie da się też ukryć, że muzycy zebrani na Torwarze prochu nie wymyślają, poruszają się w regionach dobrze znanych przez muzyczny świat od co najmniej lat siedemdziesiątych XX wieku. Jeśli zaakceptuje się te fakty, można na luzie podejść do tego, co działo się na scenie.

Muzycy nawet nie chwilę nie próbowali przekonywać, że Hollywood Vampires to nazwa znana na całym świecie, a refreny ich piosenek zna niemal każdy. Dlatego większość ich repertuaru wypełniły covery - wykonane zacnie, jak na zespół, który gitarowe rzemiosło ma w małym palcu, przystało.

Wampiry w koncert wchodziły dość długo, początkowo zespół można było nawet podejrzewać o to, że był delikatnie spięty, Kiedy okazało się, że zainteresowanie tłumu budzi nie tylko aktor, zaczęły się zabawy. W pewnym momencie, kiedy rockowe szaleństwo brzmiało tak dobrze, a znani od dekad muzycy weszli na właściwy poziom, można było odnieść wrażenie, że Johnny Depp jest tam na przyczepkę. Wspaniała paczka na czele z niezwykłym i grającym wczoraj doskonałą partię Joe Perrym mogłaby radzić sobie bez niego. Wtedy otrzymaliśmy dwa – rozłożone w czasie – prezenty. Pirat z Karaibów zaśpiewał covery: „People Who Died” z repertuaru The Jim Carroll Band oraz „HeroesDavida Bowiego. Choć oklasków i zrozumiałych zachwytów więcej było przy drugim, bo to nagranie ostatnio przypominane jakby częściej, to punkowa energia nagrania z 1980 roku, w połączeniu wyglądem i głosem Deppa sprawiły ogromną niespodziankę. Dobierając odpowiednio repertuar, dałoby się z Jacka Sparrowa zrobić gwiazdę rocka, co – sądząc po jego zachowaniu w Warszawie – jest jego większym marzeniem niż kolejna ekranowa kreacja. Depp wędrował z jednego krańca sceny na drugi, nawiązywał kontakt z publicznością – czuł się na scenie jak w swym naturalnym środowisku. I tylko mnogość wisiorków, charakterystyczny chód i uśmiech sprawiały, że czasem mieliśmy wrażenie, że to ktoś dobrze nam znany z ekranu.

Ale gwiazdą koncertu był przede wszystkim Alice Cooper. Wokalista starszy od wodoru wspominał na scenie, jak Jim Morrison zapukał do jego drzwi w 1969, sprawdzał się w repertuarze swoim („I’m Eighteen” oraz „School’s Out”) oraz dowolnie wybranym, obcym. Czarował swobodą wchodzenia w dowolne tonacje i zaskakiwał kondycją. O tym, że świetnie zawiadował supergrupą przekonywać raczej nikogo nie trzeba. Taka już Alice’a Coopera natura.

Nie oszukuję się jednak – większość osób przyszła wczoraj na Torwar dla Deppa. W szczególności jednak nastoletnie dziewczynki, które z opiętymi ponad miarę gorsetami z pierwszych rzędów próbowały nawiązać choć przez sekundę kontakt wzrokowy z gwiazdorem, otrzymały solidną lekcję dobrze wykonanego rocka. A w tych czasach wszystko co odciąga od Zenka lub Sławomira jest błogosławieństwem.

Dodać należy, że jako suport zainstalowała się dobrze znana nad Wisłą formacja Hollywood Undead. Rapując i łojąc w gitary w stylu czasem do złudzenia przypominającym Linkin Park z roli zespołu rozgrzewającego wywiązała się bardzo dobrze. Oczywiście, tak jak w przypadku gwiazdy wieczoru, ich muzyka to nihil novi. Jednak warto zwrócić uwagę na doskonałe zgranie (jednoczesne pięć głosów) oraz zmysł showmański. Hubert, który został wybrany z publiczności, by zagrać na gitarze z grupą jedno z nagrań, 12 czerwca 2018 roku nie zapomni do końca życia.